poniedziałek, 9 stycznia 2012

Rower z odzysku

Mamy nowego członka rodziny. Od kradzieży naszego roweru minął już ponad miesiąc, czyli okres, po którym możemy odkupić jeden z bezpańskich dwuśladów znalezionych przez policję. W sobotni poranek wybraliśmy się z Maurycym po tenże właśnie rower. 

W Holandii wszystkie porzucone i pozostawione w niedozwolonym miejscu rowery trafiają do Algemene Fiets Afhandel Centrale, skąd ich właściciele mogę je odebrać, po okazaniu pasującego do zamka klucza oraz uiszczeniu opłaty w wysokości 10 Euro (jakaś kara musi być). Jak wspominałam miesiąc temu, w przypadku kradzieży roweru i zgłoszenia tego na policji, po miesiącu można też udać się do magazynu AFAC i zakupić jeden z porzuconych pojazdów po dość okazyjnej cenie. Szczerze powiedziawszy myśleliśmy, że będą one tańsze niż się okazało, ale trzeba przyznać, że wszystkie były ładne, sprawne i porządne. Wybraliśmy sobie następcę naszego skradzionego omafiets, tym razem nieco lżejszy i lepszy model z przerzutkami (nie straszne mi żadne holenderskie "góry"), trzy razy taniej niż przeciętnie by kosztował. Nasz nowy członek rodziny, którego z miejsca ochrzciłam jako Snoepje (nieco mylące dla Maurycego, którego też tak nazywam i teraz nie wie czy mówię do niego czy to roweru). 
Ciekawa dekoracja choinki w AFAC: dzwonki i lampki... rowerowe

Pozostało tylko jeszcze dostarczyć dwuślad pod nasz dom. Próby załadowania go do naszego malutkiego autka zakończyły się porażką, więc musiałam wrócić do domu na rowerze. Mimo, że miałam buty na obcasach (które teraz już wiem, że nie nadają się do wygodnej jazdy) i tak lepiej było, żebym to ja pedałowała, bo moje umiejętności jazdy samochodem są groteskowe (szczególnie po tak długim okresie nie jeżdżenia). Do tego nie znałam za dobrze drogi powrotnej. Uświadomiłam to sobie, kiedy dotarłam do pierwszego ronda. Ok... i gdzie teraz?! Stojąc tak na światłach zauważyłam drobną postać Maurycego wymachującego do mnie rękami po drugiej stronie ronda. Najwyraźniej też uświadomił sobie mój brak znajomości topografii miasta. Tak oto wracaliśmy do domu... on z przodu jako przewodnik wlekąc się samochodem (cobym nadążyć mogła) a ja za nim pedałując. A po powrocie zafundowaliśmy od razu naszemu nowemu nabytkowi solidny łańcuch, niczym psu do budy. 

Swoją drogą... w AFAC było tego samego dnia dość sporo ludzi, którzy przyszli w tym samym celu co my. Aż jeden z pracowników skomentował, że za duży tu ruch dzisiaj. Jak widać złodzieje rowerów nie próżnowali przed świętami...

3 komentarze:

  1. Ciekawy pomysł... nawet nie podejrzewałam, że można mieć tyle ciekawych przygód z rowerami co Ty! :D no ale to w końcu Holandia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. też się nie spodziewałam tylu rowerowych perypetii, ale jak sama stwierdziłaś... wkońcu to Holandia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. ojej! :) czytam te wszystkie opowieści i tak mi się humor poprawił :) niesamowite :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...