Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś na ząb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś na ząb. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 marca 2017

Jedzenie, które polubiłam w Holandii

Przeprowadzka za granicę otworzyła mnie kulinarnie. Zawsze lubiłam próbować nowych smaków i eksperymentować w kuchni, ale dopiero po przyjeździe do Holandii zdałam sobie naprawdę sprawę jak wiele mnie omijało. Jeśli chodzi o gotowanie, penych produktów w Polsce może być ciężko dostać lub cena skutecznie odstrasza studencką kieszeń. 

Nie trzeba jednak szukać przepisów z dalekich krajów czy egzotycznych owoców. Przygotowując dziś lunch po raz kolejny zdałam sobie sprawę, że od kiedy mieszkam w Wiatrakowie, mój gust się nieco zmienił i nagle polubiłam najzwyczajniejsze jedzenie, którego wcześniej żyjąc w Polsce nawet nie tykałam.

STARY SER

 Zawsze lubiłam sery, ale byłam zdecydowanie amatorką delikatnej i kremowej w smaku Goudy. Stary ser nawet przez pierwsze miesiące tutaj zwyczajnie mi śmierdział i miał zbyt intensywny smak. Minęło sporo czasu, zanim go wogóle chciałam próbować, ale w końcu z czasem pokochałam typowo holenderski oude kaas. Teraz nie wyobrażam sobie wizyty u rodziców bez przywiezienia kawałka, ku wielkiej uciesze mojego taty. 

SEREK WIEJSKI

Sery serami, twaróg był dla mnie zawsze na miejscu numer jeden. Natomiast serek wiejski... na sam dźwięk skóra mi cierpła. Z całego serca nienawidziłam tego tworu. Nie rozumiałam jak moja mama mogła się nim zajadać. Aż nie wylądawałam w Holandii... z braku sera białego sięgnęłam kiedyś po serek wiejski, bo co to za wiosna bez kanapki z twarożkiem, szczypiorkiem i rzodkiewką? To u mnie taki sezonowy must-have. I nagle coś się odmieniło. Chyba z tęsknoty za prawdziwym twarogiem polubiłam jego namiastkę w postaci huttenkase. Dziś go uwielbiam i zawsze mam w lodówce. Zresztą nie ja jedna, bo serek wiejski jest jednym z ulubieńców tutejszych heathfreaks. 


AWOKADO

Mój brat zawsze nazywał awokado "trutką na teściową" i przez lata się z nim zgadzałam. Ten dziwaczny owoc ani nie jest słodki, ani soczysty, natomiast bardzo...tłusty. Nie polubiliśmy się w Polsce. Nie bardzo nawet wiem kiedy i dlaczego zaczęłam w Holandii ten owoc kupować (pewnie dałam się zmanipulować owym healthfreaks). Dziś w pracy słynę jako wielka fanka awokado, która wcina całą kremową kulkę parę razy tygodniowo. Patrząc na te dwa ostatnie produkty, które na stałe zagościły w moim jadłospisie, Holandia zdecydowanie miała pozytywny wpływ na moją dietę. To jak, kto wybiera się ze mną do restauracji The Avocado Show w Amsterdamie? :) 

ŚREDNIOWYSMAŻONY STEK

Mięso, które jest w środku jeszcze różowe? I nie daj Boży wycieka z niego krew podczas krojenia?! Coś takiego w Polsce by dla mnie nie przeszło. Takie mięso uważałam zwyczajnie za niedopieczone i tym samym niezdatne do spożycia. Mięcho musiało byś wysmażone na wór i idealniej brązowe od środka. Takie... suche. No właśnie... Wcześniej wydawało mi się to normalne. Znowu przez długie miesiące z oporem żułam różowiutkie steki, aż zrozumiałam. Jak pyszne i delikatne potrafi być dobre mięso wołowe, jeśli nie smaży się go na maksa. I nawet żaden sos nie jest potrzebny. Odrobinka masła, posiekana szalotka, świeżo zmielony pieprz. Zupełni inny świat! 


KREWETKI

Parę lat temu owoce morza stanowiły dla mnie temat tabu. W Polsce były albo drogie, mrożone albo trafiałam na źle przygotowane. Czemu źle? Bo były niesmaczne. Gumiaste, galaretowate albo przwodziły mi na myśl chrząstki. Bleee. Kalmarów do dziś raczej nie lubię, za to krewetki... te mogłabym jeść codziennie. W każdej postaci. Najlepiej te wielkie gambas prosto z grilla. Czy chociażby kroepoek, czyli rodzaj krewetkowych prażynek. 

SZPARAGI

W Polsce jakoś nigdy nie jadałam szparagów. Białe były mi zupełnie nieznane, a zielone uważałam za drogie i nie wiedziałam co z nimi zrobić. Teraz na szparagi wyczekuję cały rok. Ze względu na ich sezonowość (białe), wraz z Maurycem pochłaniamy wiosną "białe złoto" w nieprzyzwoitych ilościach. A w pozostałe miesiące pocieszamy się zielonymi :) 


Jak to w Holandii mawiają "Wat de boer niet kent dat eet hij niet" - czego rolnik nie zna, tego nie jada.

piątek, 14 sierpnia 2015

Na letnie upały...

- Jako dziecko co roku jeździłem z rodzicami pod namiot do Francji - wspomina Mauryc - Wtedy często siadaliśmy przy stoliku przed jakąś knajpką i dostawałem Oranginę. W takiej małej, pękatej szklanej butelce. Baaardzo zimną. Nic nie było wtedy lepsze w taki upalny dzień! 

Raz na jakiś czas nachodzą go taki wspomnienia. Zapewne dlatego jest ogromnym fanem Oranginy. Ten pomarańczowy napój gazowany z miąższem cytrusów jest szczególnie popularny we Francji, gdzie tysiące Holendrów co roku spędza swoje kempingowe wakacje. Nic dziwnego, że z czasem napój pojawił się po X latach na tutejszych półkach sklepowych. 

Źródło:www.rinefolden.dk
Podczas naszej wizyty w zeszły weekend z radością odkryliśmy, że teraz Orangina doratła też do Polski! Kiedy wybraliśmy się z moimi rodzicami na zakupy, Mauryc natychmiast ruszył na poszukiwania napoju. Pobuszował chwilę między regałami, po czym dumnie wrócił niosąc dwie półtora litrowe butelki. Jakże wielki były jego uśmiech. Przy kasie, pani skanująca towary, wzięła butelkę w dłoń, obejrzała chwilkę i skanując kod kreskowy zapytała, czy ta nowa oranżada jest dobra. Mauryc może za dużo po polsku nie rozumie, ale z tym problemu żadnego nie miał. Natychmiast wykrzyknął triumfalnie "Taaak! Baaadzo doobra". 

W weekend ten panowały w Polsce niesamowite upały. Temperatura nie spadała w ciągu dnia poniżej 34 stopni, więc wylegiwaliśmy się tylko w cienu w ogrodzie, od czasu do czasu biegając i oblewajać się nawzajem wężem ogrodowym (ot drobne przyjemnostki). Orangina w między czasie chłodziła się w lodówce jak należy i co jakiś czas ktoś po trochę ją upijał. W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że w czwórkę wypiliśmy ponad 2 litry w jedno południe. 

Tak wiem wiem... gazowane napoje są niezdrowe i zawierają ogromne ilości cukru. Ale dla nostalgicznych wspomnień z dzieciństwa, warto chyba zrobić czasem wyjątek, czyż nie? ;)

niedziela, 28 czerwca 2015

Food truck festival TREK

Uwielbiam filmy, które wywołują we mnie silne emocje... Parę tygodni temy "Chef" wzbudził we mnie niesamowicie mocne poczucie... głodu! I pobudził apetyt na oryginalne, niebanalne jedzenie. Och co ja bym wtedy dała za taką grilowaną kanapkę prosto z nyski ;) Tuż po tym incydencie usłyszałam od znajomych o festiwalu takich właśnie food truck'ów. Momentalnie wyczyściłam swój kalendarz z miesięcznym wyprzedzeniem (jakże holendersko z mojej strony) wyczekując na weekend, kiedy to festiwal zawita do Nijmegen. 



Tak tak moi drodzy. Ten ostatni weekend czerwca spędziłam bezwstydnie buszując między stoiskami i rozkoszując się wszelkimi pysznościami. I powiem Wam, wszystko było wybornie grzechu warte! No... prawie wszystko. Nasze pierwsze doświadczenie z ostrygami, możecie zobaczyć w króciuteńkim klipie na Facebook'u. 





Ahh poczułam w pełni wakacyjne, letnie wibracje! Festiwal organizowany jest na terenie zielonego parku z mnóstwem drzew, z gałęzi których zwisają sznury białych i kolorowych lampek. W koło rozbrzmiewa muzyka, śpiewający na żywo artyści, biegają dzieci zasilane porcją cukru pod postacią waty, naleśników oraz lodów. Słońce świeci, ludzie się uśmiechają, a w powietrzu miesza się upajający się zapach świeżych kokosanek oraz dym prosto z grillów, na których skwierczą soczyste kawałki mięs. Same pyszności w koło. 

Jak na porządną holdnerską imprezę przystało, bitterballen musiały być!. Ale nie jakieś tam zwykłe bitterballen. Przypysznie chrupiące z wierzchu, wewnątrz skrywające aromatyczne mieszanki warzyw i przypraw. Na zdjęciu pieczarki z porem! Polecam też oberżynę z cukinia i papryką. 

Mister MaisGuy! Kolba gotowanej kukurydzy w trzech odsłonach: klasyczna z masłem i solą, meksykańska z fetą, kolendrą i salsą oraz.. egzotyczna w aromatycznym curry, cynamonie i kokosie! Very Nice! 

Kanapka inaczej? Na przykład w rożku chlebwym z ziarnami lub oksiszem...

... w trzech mini odsłonach: kozi ser z orzechami i miodowym balsamico, z pastrami i serem oraz z wędzonym łososiem z odrobiną majonezu truflowego. 

Coś się tu grilluje... i bosko pachnie.

Jerk Chicken i Jerk Pork. Jak na jamajkańskie przysmaki przystało, grille zrobione z metalowych beczek! 

Churros z cukrem pudrem i sosem karmelowym... grzechu warte

Wszyscy kochają churros! 

Jamajskie skrzydełka w sosie z marynaty jerk... z pomarańczą... można się poczuć jak na karaibach!

Karaiby w najlepszej odsłonie
Wybór wielki, wszystko kusi, a żołądek tylko jeden. Niestety jakieś wybory trzeba było zrobić. Najlepiej spędzić całe trzy dni weekendu z grupą znajomych. Każdy weźmie co innego i można od nich popróbować. Tudzież podzielić porcję churros na czworo ;) W przerwach można wyciągnąć się na kocu lub trawie, ochłodzić się piwkiem lub prześladować pana z mini kubeczkami ice coffee (jak się ładnie uśmiechnąć, to przeleje kilka próbek do jednego kubeczka). Muzyka przyjmnie przygrywa... jak nie wąsaty DJ z traktora, to ktoś z gitarą na podium. I nagle trzeba zadać sobie pytanie: czy warto wszystkiego skosztować? Przeżuć ostrygę? Schrupać konika polnego? 



Och ten jerk chicken... 

Świeże ostrygi... "mocno przeżuj, to wcale nie jest straszne" potadziła pani... kłamała ;)


Świerszcze na patyku... jedyne €2 za sztukę...
Na świerszcze się nie skusiliśmy. Zapytaliśmy za to innych śmiałków o ich wrażenie.
- Nie jest złe, ale też nie pyszne. Smakuje trochę jak płatek kukurydziany na patyku. 
Ok... to ja za taką cenę podziękuję płatkom kukurydzianym. Wolę wgryźć się w nieprzyzwoicie mięsnego burgera. Znajomi i Mauryc jednogłośnie stwierdzili... najlepszy burger na świecie. Nie wolno przegapić. 

Jeśli nie udało Wam się załapać na festiwal w ten weekend, nic straconego. Za dwa tygodnie TREK udaje się do Den Bosch, a następnie do Amsterdamu i Hagi. Gwarantuję, nie rozczarujecie się!

czwartek, 11 czerwca 2015

Smak dzieciństwa

Ostatnio zrobiło się sporo szumu wokół pewnego spotu reklamowego mającego niby zachęcić kobiety do nie odkładania macierzyństwa na później. Osobiście ani trochę spot do mnie nie przemawia i szczerze nie rozumiem, jak miałby do kogokolwiek, kto tą decyzję odłożył, przemówić. Ale odłóźmy ciężkie rozmowy na bok. Pogadajmy o czymś przyjemniejszym, poniekąd z macierzyństwem związanym. Pomówmy o dzieciństwie. A jeszcze lepiej - o smaku dzieciństwa. 

Swego czasu zapytałam teściową, jakie jest typowo dziecięce danie w Holandii. Coś co każde dziecko lubi, a co rodzice przygotowują, żeby pociechy rozpieścić. I co dostałam w odpowiedzi: appelmoes. Hmm... mus jabłkowy... uznałam, że chyba mnie nie zrozumiała. W końcu mus jabłkowy to właściwie deser, przekąska. Żyłam w tym przeświadczeniu, aż podczas jednego z obiadów rodzinnych nie zaserwowano rostbef (tudzież inne pieczone mięsiwo) i... mus jabłkowy. W tym samym czasie! Z fascynacją obserwowałam, jak współbiesiadnicy maczają kawałki wołowiny w musie. 
Źródło: www.blikopnoordwijk.nl
Udało mi się wciągnąć dwie osoby w rozmowę o dziwnych połączeniach smakowych i o tym, z jakim jedzeniem kojarzy się im dzieciństwo. 
- Oooo... pieczony kurczak z frytkami i musem jabłkowym! - rozmarzył się pierwszy rozmówca.
- Kurczak i mus jabłkowy? - dopytałam zdziwiona.
- Taaa... to coś, co wszystkie dzieci w Holandii jedzą! 

Żródło: www.ah.nl
Na pytanie, czym zajadają się polskie dzieciaki, opowiedziałam im o makaronie z truskawkami. W końcu, kto w lecie jako dziecko nie zajadał się rozgniecionymi truskawkami ze śmietaną/jogurtem i makaronem lub ryżem, ręka w górę! Nikt?! Ty tam z tyłu nie wychylaj się, opuść tą rękę, bo się inne dzieci wyśmieją.  I zgadnijcie jak moi Holenderscy rozmówcy zareagowali na to danie..
"Makaron i owoce? bleee", "Spaghetti truskowkowe?? fuuu", "Pasta na słodko???"... Taa... zareagowali z takim samym zdziwieniem i otrzęsieniem z niesmakiem, jak ja na ich mus. I szczerze mówiąć, nie rozumiem tego ich obrzydzenia ideą słodkiego "sosu" do makaronu... Że niby jabłka to nie owoce, a mus nie jest słodki? I do tego z cynamonem! ;) A jakoś nie przeszkadza im go zestawiać z frytkami i mięsem/drobiem. 

Źródło: http://palcelizac.gazeta.pl
Po tym znamiennym obiedzie w końcu zrozumiałam, dlaczego w każdym sklepie półki uginają się od słoiczków z musem jabłkowym. Wybór marek prawie nie gorszy od półki z browarem. 

Z czasem przyzwyczaiłam się do pomysłu mięsno-owocowego i po kilku próbach nawet polubiłam to danie. Szczególnie, jeśli mus jest domowej roboty (a każda szanująca się pani domu nie posiłkuje się słoiczkowym musem). Holendrów natomiast wciąż nie mogę przekonać do truskawek na obiad. Co to to nie. W Holandii jada się truskawki na chlebie lub sucharku! 

I ponoć to taki otwarty i tolerancyjny naród ;)

wtorek, 2 września 2014

Nowy quiz ciasteczkowy

Coś trochę cicho się tu ostatnio na blogu zrobiło, więc postanowiłam nas nieco rozruszać. A cóż jest lepszą motywacją jak nie odrobina słodyczy? Ogłaszam zatem drugą edycję naszego ciasteczkowego quizu.

Zasady obowiązują takie same jak poprzednim razem: 
  • odpowiedzi można zostawiać w komentarzach (w tym celu uruchomiłam tymczasową moderację i zostaną one opublikowane dopiero po zakończeniu konkursu) lub przesyłać na maila: justine.in.neverland@gmail.com. Bardzo proszę o nie pozostawianie odpowiedzi na nibylandiowym Facebooku.
  • swoją znajomością holenderskich słodyczy możecie się wykazywać do 2. października
  • po zakończeniu konkursu moja asystentka Maurycja ;) wylosuje 3 zwycięsców.
  • do tych szczęśliwców powędrują w nagrodę paczuszki z holenderskimi smakołykami. 
Powodzenia moi Drodzy i życzę Wam pysznej zabawy!

Druga edycja nibylandiowego 
COOKIE QUIZ:

1. Jak nazywa się kula z ciasta parzonego, wypełniona bitą śmietaną i oblana czekoladą? (poniższe zdjęcie). 

2. Wyżej wspomniane kule mogą wywołać spore wyrzuty sumienia ze względu na ich rozmiar (i ilość kalorii). Na szczęście istnieją jeszcze w wersji mini i są równie pyszne. Jak się nazywają te małe kuleczki z bitą śmietaną?


3. Jednym z bardziej popularnych ciast w Holandii jest odpowiednik naszej kremówki z różowym lukrem. Jak nazwa się to ciacho po holendersku?

4. Dropjes to prwdziwy obłęd w Holandii. Odmian i rodzajów tego cukierka są setki. Jednym z nich są apekoppen. Jaki smak mają te małpie główki?

5. Holenderskie dzieci dostają od Sinterklaas nie tylko pepernootjes 5. grudnia, ale również słodki litery. Z czego są te litery wykonane?

6. Vlaai jest jednym z najpopularniejszych holenderskich ciast (obok szarlotki rzecz jasna). Z jakiej prowincji oryginalnie pochodzi vlaai?

7. Jednym z moich ulubionych wypieków tym kraju jest słodki, nieco lepki chlebek z odrobiną cynamonu. Po raz pierwszy Mauryc pozwolił mi go spróbować w moje pierwsze obchodzone w Holandii urodziny. Jak się ten wypiek nazywa?

8. Prawdziwy, gęsty budyń ciężko w Holandii dostać, jednak bardzo podobny produkt (mniej gęsty) jest tu niesamowicie popularny. Często sprzedawany w kartonikach. Jak się nazywa?

9. Bokkenpootjes znaczy "kozie nóżki". To ciasteczko składające się z dwóch warstw zlepionych kremem i zanużonych w czekoladzie na obu końcach. Z czego są zrobione te dwie warstwy?

10. Co to za ciacho znajdujące się na obrazku poniżej?




piątek, 6 grudnia 2013

Przepis na wieczór doskonały

Holendrzy może nie mają tak bogatej tradycji świętowania Bożego Narodzenia jak my, ale za to mają coś innego, co można z miejsc pokochać. Gourmet! I nie mam tu na myśli bardzo wyszukanej sztuki kulinarnej. Nie, nie... tutaj gourmet to sposób jedzenia pysznych kąsków przygotowanych na tym specjalnym grillu (który nazywa się zresztą tak samo). 

gourmetten, holenderskie tradycje bożonarodzeniowe

Holendrzy oczywiście nie mają monopolu na gourmet, bo nawet w Polsce widzieliśmy w sklepie te urządzenia. Tradycja ponoć wywodzi się z samej Azji. To co ich natomiast wyróżnia, to fakt jak bardzo jest to tutaj popularne. Możnaby pomyśleć, że każdy ma w domu tego grilla. Składa się on z dwóch poziomów: górny to płyta grzewcza wykonana z metalu lub (nawet lepiej) z kamienia, podczas gdy na niższym poziomie układa się specjalne mini patelnie. Można w nich przygotować małe naleśniczki, omleciki, czy co tam komu przyjdzie do głowy. Otóż to. Choć gourmet jest zajęciem grupowym, pozwala na pewną dozę fantazji i indywidualizmu. 

gourmet z kamienną płytą


Sekretem udanego gourmet są dobrej jakości mięso, świeża bagietka, wybór sosów i oczywiście dobre towarzystwo. Nie jest to aktywność dla jednej osoby. Przygotowanie wielu małych kąsków na ograniczonej powierzchni to dość powolny proces, ale przyjemne rozmowy nad skwierczącymi kawałeczkami steku to również element gourmetten. Najczęściej ucztuje się w ten sposób w grupie znajomych lub z rodziną. Jest to niezwykle popularna tradycja świąteczna. Już na początku grudnia we wszystkich sklepach zaczynają się pojawiać gotowe pakiety gourmet w przeróżnych rozmiarach: 2-, 4-, 6-osobowe oraz wersje dziecięce.

Typowy zestał do gourmet dla 2 osób
Slavinken w roli głónej ;)

Co właściwie przyrządza się podczas takiego biesiadowania? Zaczynając od kawałków soczystego steku, marynowanego kurczaka, polędwicy wieprzowej (wszystko w rozmiarze na 1-2 kęsy), poprzez mini burgery, małe kiełbaski i szaszłyczki, roladki mięsne zawijane w boczku (tak zwane slavinken), świeżego łososia, aż na pieczarkach, papryce i cukini pokrojonych w paski kończąc. I oczywiście wspomniane wyżej mini naleśniczki. To najbardziej typowe składniki, ale dowolność jest nieograniczona. Ostatnio mieliśmy w składzie nawet shoarmę, a innym razem przygotowałam kurczaka teriyaki ;) Najwspanialsze jest to, że każdy wrzuca na grill te składniki, które sam chce i w takich ilościach w jakich chce. Bardziej lub mniej wypieczony stek, to Twoja własna sprawa jak długo zostawisz go na płycie. 

Minimum przygotowań, maksimum przyjemności. Dorzuć do tego lekką muzykę w tle, radosne rozmowy z bliskimi i lampkę czerwonego wina i mamy przepis na znakomity wieczór ;) A jak Wam podoba się ta tradycja?

środa, 25 września 2013

Wiatrakowa kuchnia, czyli co się jada w Holandii

Jak najlepiej poznać kraj i jego kulturę? Przez jedzenie! Przeciech sztuka kulinarna jest bardzo ważną częścią każdej kultury. Myśląc o Włoszech mamy przed oczami obraz spaghetti i pizzy. Turcja kojarzy nam się często z kebabem, a Japonia z sushi. Straszne to uogólnienie, ale kto się ze mną nie zgodzi, że nieprawdziwe? Jak zatem wyglądają i smakują typowo holenderskie dania?

Zaraz po przyjeździe tutaj przechodziłam dość długi okres fascynacji sosem sate, którego bazą jest masło orzechowe. Choć sam sos przywędrował do Holandii z kolonizatorami i handlarzami aż z Indonezji, doskonale się tu zadomowił i stał się iście holenderski. Bardziej niż jakby można było myśleć sos hollandaise (którego nota bene jeszcze nikt mi tu nigdy nie zaserwował). Ach jakże przyjemnym doświadczeniem był sate. Do tego stopnia, że chyba się nim przejadłam i już od dłuższego czasu mijam w supermarkecie regały z tym wynalazkiem bez mrugnięcia okiem. A cieżko te regały przeoczyć ;)

To co Holendrzy uwielbiają: gehakt balletjes  i pindasaus (czyli mięsne klopsiki z sosem z orzeszków ziemnych)
Teraz mnie ten sos prześladuje, bo jest niemal wszędzie. W bułeczkach w piekarni, na półkach w sklepie, nawet na frytkach w kafeterii! Tak, tak... swoisty hit, tak zwane friet oorlog, to porcja pysznych fryteczek z nieodłączym majonezem i sosem sate, hojnie posypane siekaną cebulką. Co też ci Holendrzy nie wymyślą, nie? Jakby nie można było zjeść frytek po ludzku z keczupem lub solą ;) O tym można w tym kraju zapomnieć. Frytek z keczupem nikt nigdzie nie serwuje. Tutaj naturalnym połączeniem tych popularnych przekąsek jest gęsty majonez. Swoją drogą lubię to połączenie dużo bardziej niż z pomidorową pulpą. W Holandii frytki rządzą! Kiedyś teść strzelił komentarzem, że aż witki mi opadły. Opowiadałam mu o fasolce szparagowej przesmażonej z bułką tartą (mniam!). 
- Eh, wy w tej Polsce to wszystko byście smażyli!...
Że co przepraszam? A kto u licha niemal zawsze smaży te nieszczęsne kartofle?? Podczas gdy w Polsce najczęście do obiadu gotujemy ziemniaki, w Wiatrakowie się je smaży. Frytki, małe ziemniaczki, duże pokrojone w talarki... Teściowa to nawet je gotuje. Troszkę. Po czym kroi na plasterki i na olej do smażenia ;) I zawsze z majonezem. 

Należycie zaserwowane frytki ;)
Wielką popularnością cieszą się tu również potrawy sezonowe. Wiosną białe szparagi (których nigdy nie mam dosyć), latem małże (których do dziś się boję), a jesienią duszone gruszki. Wtedy też zaczyna się na ciężkie, sycące dania typu stamppot (gotowane ziemniaki ugniecione z jarmużem/kiszoną kapustą/marchewką, podawane z gotowaną kiełbachą) oraz erwtensoep, czyli grochówka z zielonego groszku. One też królują przez całą zimę. 

Białe szparagi po holendersku ;)
Klasyczny boerenstamppot, czyli ziemniaki z jarmużem i kiełbacha
Swoistą esencją obecnej holenderskiej kuchni są dla mnie jednak... kanapki! Holendrzy uwielbiają swoje bułeczki przełożone zwykłą szynką, różnymi serami, filet americain (pasta z tataru wołowego), krokietem (bo czemuż by nie) lub w wersji maxi/lux naładowane przeróżnymi pysznościami z sałatką, sosem, słowem full wypas. To już nie zwykła kanapka... to całe całkiem sycące danie! Szczególnie popularne w porze lunchu. A broodje gezond, czyli "zdrowa bułeczka" to już klasyk! Każda szanująca się piekarnia i kanapkarnia musi ją mieć w ofercie. 

No dobra, dobra. Ale co jest wiatrakowym odpowiednikiem naszego schabowego z kapustą i ziemniakami? Hmm... Bez wahania powiedziałabym, że stek (najlepiej nie za mocno wypieczony), ziemniaczki (smażone, a jakżeby) i brokuły, brukselka lub zielona fasolka. 

A Wam z czym kojarzy się kulinarnie Holandia? 

wtorek, 4 czerwca 2013

Na kawę do supermarketu

Siedzę już od rana na balkonie pracując zawzięcie na laptopie. Słońce cudownie przygrzewa, kot spokojnie śpi na fotelu obok. Poranek jak marzenie. Czego mogłoby mi do szczęścia brakować? Hmm... w sumie nie obraziłabym się za kawałek pysznego ciasta i kawkę. Ciasta w domu nie ma, więc opcje mam trzy:

  • wyskoczyć po pobliskiej kawiarni, gdzie najprawdopodobniej się zasiedzę
  • pobiec do piekarni na rogu i samej sobie zaparzyć kawki do wypieku
  • zrobić i tak czekające mnie zakupy w supermarkecie
Myślicie, że opcja 3 jest wogóle nie atrakcyjna? Przecież i tak musiałabym sobie tą kawe sama zrobić, a do tego ciasto z supermarketu nigdy nie jest tak pyszne jak z cukierni... No nie do końca to prawda. W sąsiedztwie mam bowiem supermarket rodem z Limburgii, Jan Linders.

limburgse vlaai, jan linders, supermarket
Kawałek ciasta i kawka jako degustacja w supermarkecie? Czemu nie ;)
O moim zamiłowaniu do holenderskich supermarketów, dzięki którym gotowanie może być dziecinnie proste i szybkie (i wciąż smaczne) już wiecie. Ale ten limburgski sklep wyniósł moje oczekiwania na wyżyny. Nikogo przecież nie dziwią już degustacje ciasteczek, sera, wędliny czy nawet świeżo usmażonych dań. To znajdziemy wszędzie. A gdyby tam w czasie zakupów zatrzymać się na chwilkę, żeby podelektować się kawałkiem tradycyjnego ciasta vlaai (zdjęcie sprzed kilku miesięcy, bo teraz królują ciasta ze świeżutkimi truskawkami!) i napić się kawki lub herbaty? I to za darmo ;) I nie mam na myśli mikroskopijnych rozmiarów kawałeczka, takiego typowego dla sklepowych degustacji. Mowa tu o normalnych rozmiarów ciachu, takim jakim poczęstowałaby nas ciotka, do której wpadliśmy w odwiedziny. 

Nagle zakupy w markecie nabierają nowego wymiaru i stają się znacznie przyjemniejsze. Tylko moja dieta coś na tym cierpi, bo zapasy robię codziennie.... ;)

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Jak Holendrzy jedzą truskawki?

Sezon na truskawki się zaczął :) Oczywiście są to truskawki szklarniowe i nie smakują cudownym czerwcowym słońcem, ale ku naszemu zaskoczeniu są słodkie i smakują jak truskawki... kwietniowe ;) Daliśmy się zatem skusić na koszyczek pysznie czerwieniących się dużych, dumnych owoców. Pytanie tylko pozostaje... jak je zjeść?

Można oczywiście ot tak same, tudzież z bitą śmietaną/ cukrem, ale Maurycy zachował się jak rasowy Holender i zapowiedział, że zjemy je... z chlebem! 
- Ale jak to? Z chlebem? - zdziwiłam się
- No tak. Chleb z masłem, na to truskawki w plasterkach i posypane lekko cukrem trzcinowym - odpowiedział Maurycy, jakby to była najoczywistrza kombinacja pod słońcem.
- Trochę dziwnie to brzmi... chcesz kanapkę z truskawkami? - dalej niedowierzałam.

Beschuitje z truskawkami
Ostatecznie stanęło na beschuitjes zamiast chleba. Co wsumie nie odbiega aż tak daleko od pierwotnego zamysłu, gdyż beschuitje, choć może brzmi jak herbatniczek po angielsku jest najzwyczajniejszym... sucharkiem (tylko dość kruchym i delikatnym). Kolejny dowód na to, jak ważne w życiu Holendrów są kanapki oraz że potrafią oni położyć na chlebie dołownie wszystko! 



- Niezłe - szczerze przyznałam dając się przekonać do kulinarnego eksperymentu.
- Mówiłem ci! - ucieszył się Maurycy. Po raz kolejny udowodnił, że ma rację.
- A wiesz z czym my w Polsce często jemy truskawki w lecie? Z makaronem - rozmarzyłam się na samą myśl.
- Z makaronem? Blee... ależ wy wymyślacie dziwne rzeczy! - skomentował Maus chrupiąc swojego sucharka z truskawkami... I zrozum tu człowieku Holendra ;)

sobota, 23 marca 2013

Cookie Quiz

Zainspirowana ciasteczkowym quizem, który przygotowała dla nas na ostatniej lekcji nasza nauczycielka, postanowiłam i dla Was zorganizować taką zabawę. O ile pamięć mnie nie myli (a archiwum potwierdza) nie było jeszcze w naszej Nibylandii ani jednego, nawet najmniejszego konkursu.  Pora to nadrobić i sprawdzić Waszą znajomość holenderskich słodyczy ;) 

Na część z pytań odpowiedzi możecie znaleźć na blogu. Odpowiedzi możecie zostawiać w komentarzach  (w tym celu uruchomiłam tymczasową moderację, więc komentarze z odpowiedziami zostaną opublikowane dopiero po zakończeniu konkursu) lub wysyłać je na maila justine.in.neverland@gmail.com. Na odpowiedzi czekam do 22 kwietnia, po czym spośród poprawnych odpowiedzi wylosuję 3 zwycięzców, których uszczęśliwię paczuszkami wyselekcjonowanych przeze mnie holenderskich słodkości.




COOKIE QUIZ:


1. Bossche Bollen są specjalnością jakiego holenderskiego miasta i w jakiej prowincji to miasto leży?

2. Jak nazywają się "pączki" tradycyjnie jadane w Sylwestra?

3. Dropjes to chyba najpopularniejsze i najbardziej znane holenderskie cukierki. Charakteryzują się czarnym kolorem i bardzo specyficznym, wyrazistym smakiem. Jaki to smak?

4. Nigdy nie potrafię odmówić sobie stroopwafels. To rodzaj słodkich wafelków zlepionych gęstą, słodką masą. Cóż to za masa?

5. Gdy Sinterklaas przybywa do Holandii, jego pomocnicy Zwarte Pieten odrzucają i częstują dzieci małymi, okrągłymi ciasteczkami. Jak się one nazywają?

6. Speculaas zawdzięcza swój smak konkretnej mieszance przypraw. Wymień przynajmniej trzy przyprawy, które wchodzą w jej skład.

7. Kiedy w holenderskim domu rodzi się dziecko, odwiedzających częstuje się beschuit met muisjes, czyli rodzajem herbatniczka posypanego anyżową cukierkową posypką. Jakie kolory mają owe muisjes?

8. W żadnej szanującej się holenderskiej kawiarni nie może zabraknąć klasycznego, holenderskiego ciasta. Co to za ciasto?

9. Gevulde koek znaczy "nadziewane ciastko". Jaki jest główny składnik tegoż tajemniczego nadzienia?

10. Co to za ciacho znajdujące się na obrazku poniżej?

Życzę powodzenia i dobrej zabawy w odkrywaniu holenderskich słodkości! :)

poniedziałek, 18 marca 2013

Ostatni dzień szkoły

Rok temu w kwietniu zaczęłam naukę języka holenderskiego na poważnie. Prawie rok po skończeniu studiów znów przyszło mi zasiąść w szkolnej ławce i poczuć się jak pierwszoklasista. Nauka języka od podstaw, sposób wymowy poszczególnych głosek, śmieszne poiseneki o nieskomplikowanym tekście, masa zadań domowych... Był to niesamowity okres, podczas którego nauczyłam się dużo nie tylko o języku holenderskim, ale także o zwyczajach i tradycjach Holendrów, o ich kraju oraz wielu innych, skąd pochodzili pozostali kursanci. Poznałam wielu ciekawych ludzi, a z niektórymi osobami zżyłam się bardzo mocno i nawiązałam nowe, fantastyczne przyjaźnie. 

Klub Żon Marnotrawnych ;)
Jednak wszystko ma swój kres i tak oto nadeszła pora, żeby zakończyć nasz roczny kurs językowy. Ostatnia lekcja miała bardzo luźny charakter. Zamiast wałkować kolejne ćwiczenia, pisać mini-wypracowania czy analizować zagadnienia gramatyczne, nasza wspaniała nauczycielka przygotowała dla nas... quiz ciasteczkowy! 



Podzieliła nas na trzy grupy i wydała trzy zestawy typowo holenderskich ciasteczek i słodyczy. Naszym zadaniem było dopasować do całości opis, nazwę i łakocia. Oczywiście musiało się to wiązać także z degustacją! Nie muszę chyba dodawać, że nie miałam z tym zadaniem najmniejszego problemu? ;) Maurycy się później śmiał, że taki łasuch jak ja powienien stanowić odrębną grupę. 

Kolejnym zadaniem było zareklamowanie paru wybranych ciasteczek przez każdą grupę. I tu zaczęła się prawdziwa zabawa. Żeby wygrać konkurs, prześcigaliśmy się z coraz dziwniejszymi i zwariowanymi argumentami, śmiejąc się przy tym i wygłupiając na całego. W niczym nie przypominało to już lekcji. Zabawa wzięła górę i panowała prawdziwie radosna, przyjacielska atmosfera. 

Nasza zaawansowana grupa z dwiema nauczycielkami na czele i naszym jedynym rodzynkiem po środku. 
 Teraz zostały przed nami tylko egzaminy i... dalsza integracja z tym niewielkim krajem i jego mieszkańcami ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...