poniedziałek, 9 stycznia 2012

Rower z odzysku

Mamy nowego członka rodziny. Od kradzieży naszego roweru minął już ponad miesiąc, czyli okres, po którym możemy odkupić jeden z bezpańskich dwuśladów znalezionych przez policję. W sobotni poranek wybraliśmy się z Maurycym po tenże właśnie rower. 

W Holandii wszystkie porzucone i pozostawione w niedozwolonym miejscu rowery trafiają do Algemene Fiets Afhandel Centrale, skąd ich właściciele mogę je odebrać, po okazaniu pasującego do zamka klucza oraz uiszczeniu opłaty w wysokości 10 Euro (jakaś kara musi być). Jak wspominałam miesiąc temu, w przypadku kradzieży roweru i zgłoszenia tego na policji, po miesiącu można też udać się do magazynu AFAC i zakupić jeden z porzuconych pojazdów po dość okazyjnej cenie. Szczerze powiedziawszy myśleliśmy, że będą one tańsze niż się okazało, ale trzeba przyznać, że wszystkie były ładne, sprawne i porządne. Wybraliśmy sobie następcę naszego skradzionego omafiets, tym razem nieco lżejszy i lepszy model z przerzutkami (nie straszne mi żadne holenderskie "góry"), trzy razy taniej niż przeciętnie by kosztował. Nasz nowy członek rodziny, którego z miejsca ochrzciłam jako Snoepje (nieco mylące dla Maurycego, którego też tak nazywam i teraz nie wie czy mówię do niego czy to roweru). 
Ciekawa dekoracja choinki w AFAC: dzwonki i lampki... rowerowe

Pozostało tylko jeszcze dostarczyć dwuślad pod nasz dom. Próby załadowania go do naszego malutkiego autka zakończyły się porażką, więc musiałam wrócić do domu na rowerze. Mimo, że miałam buty na obcasach (które teraz już wiem, że nie nadają się do wygodnej jazdy) i tak lepiej było, żebym to ja pedałowała, bo moje umiejętności jazdy samochodem są groteskowe (szczególnie po tak długim okresie nie jeżdżenia). Do tego nie znałam za dobrze drogi powrotnej. Uświadomiłam to sobie, kiedy dotarłam do pierwszego ronda. Ok... i gdzie teraz?! Stojąc tak na światłach zauważyłam drobną postać Maurycego wymachującego do mnie rękami po drugiej stronie ronda. Najwyraźniej też uświadomił sobie mój brak znajomości topografii miasta. Tak oto wracaliśmy do domu... on z przodu jako przewodnik wlekąc się samochodem (cobym nadążyć mogła) a ja za nim pedałując. A po powrocie zafundowaliśmy od razu naszemu nowemu nabytkowi solidny łańcuch, niczym psu do budy. 

Swoją drogą... w AFAC było tego samego dnia dość sporo ludzi, którzy przyszli w tym samym celu co my. Aż jeden z pracowników skomentował, że za duży tu ruch dzisiaj. Jak widać złodzieje rowerów nie próżnowali przed świętami...

Second hand bicycle

We have a new member of the family. It's been already a month, since our bicycle got stolen, so it also means, that we could finally buy one of the abandoned bikes from the police's storehouse. Saturday morning we went with Maurice to get us one.

In the Netherlands all abandoned and parked in a forbidden place  bicycles go to the Algemene Fiets Afhandel Centrale, where from their owners can pick them up after showing the matching key for the locker and paying 10 Euro fee (there must be some punishment). As I mentioned a month ago, in case when your bike got stolen and you did report this to the police, after a month you can go to the AFAC storehouse and buy one of the vehicles with quite a reasonable price. To be honest we thought they are gonna be a little bit cheaper, but I must admit they all were very nice, functional and decent. We choosed anew successor of our stolen omafiets, this time a bit lighter and better model with the gears (now I'm not afraid of any dutch "mountain"), for the price three times lower that it would normaly cost on the market. Our new member of the family immidiately got a name Snoepje (it's a bit confusing for Maurice, cause I call him same way and now he doesn't know if I'm talking about him or the bike) .

Interesting xmas tree decoration in AFAC: bicycle's lights and bells
All we had to do was to get our new vehicle to our house. With any effort we simply could not pack it into out tiny car, so one of us had to cycle back home. By "one of us" I ment myself, cause though I was wearing heels (which now I kow are not very comfortable for cycling) it was still better not to give me a car. First, my driving skills are not impressive (especially after such a long time of not driving), second... I didn't know the way back home! I realised it when I reached the first crossroads. Ok... where now? Standing on the traffic lights I notices a tiny figure of Maurice waving to me from the other side of the roundabout. Apparently he also get the idea the my knowledge of the topograthy of the city is very poor. This is how we get back home... him in front in a car driving very slowly so I could follow him on the bike. After we reached the house we bought a solid chain and big lock for our new acquisition.

By the way... in AFAC there was quite a lot of people that morning, who came with the same purpose as we did. It seems like the bicycle thieves were busy just before Christmas... 

czwartek, 5 stycznia 2012

Nawyki żywieniowe

Zaglądamy do garów. Czym to żywią się mieszkańcy wiatrakowego kraju? Od kiedy przybyłam tu po raz pierwszy rok temu, pytanie to zaczęło padać w różnych dyskusjach. Głównie rodzina, ale i znajomi dociekali jak wygląda tradycyjna holenderska kuchnia. Oto po trzech miesiącach mieszkania pomiędzy Holendrami jestem w stanie szczerze odpowiedzieć na owe pytanie: tak samo jak kuchnia azjatycka!

Bynajmniej nie żartuję. Prym wiodą dania chińskie, indonezyjskie, tajskie, indyjskie, tureckie oraz rodem z równie egzotycznego Surinamu (choć z innego kontynentu). Dla mnie bomba! Każdy amator azjatyckich smakołyków byłby tu przyjemnie rozpieszczony, jeśli nie wręcz szczęśliwy. Chyba w całym moim życiu nie zjadłam tyle chińszczyzny co przez ostatnie parę miesięcy. Ktoś mógłby mi próbować zarzucić, że to moje subiektywne wybory potraw, a nie ogólnie panująca tendencja... Nic z tego! Niezbitym dowodem są wszędzie obecne tureckie sklepiki, restauracje, jadłodajnie "na wynos" oraz TOKO. Te ostatnie to mój faworyt. Na początku nie bardzo rozumiałam czym są te sklepo-jadłodajnie. Można w nich kupić wszelkie produkty spożywcze (choć nie tylko!) jakie tylko można sobie wymarzyć, a charakterystyczne dla danej kuchni. W niektórych toko serwują gotowe dania na wynos. Chcecie więcej dowodów? W supermarketach najpopularniejszej sieci, na półkach obok normalnych produktów spożywczych króluje cały asortyment azjatycki, poczynając od mieszanek świeżych warzyw, przez zupy, sosy, dodatki, po całe dania do przygotowania samemu. Nawet wybierając się do centrum przyuważyć można przyczepy z wietnamskimi przekąskami na gorąco. Nie ma to jak chrupiąca loempia, czyli zwykła sajgonka po tutejszemu. Przy owych przyczepach zawsze ktoś stoi i chrupie. 

Skąd się to wzięło? Takie natężenie azjatyckiej kuchni w środku Europy. Odpowiedź jest banalna: kolonie! Holandia swego czasu posiadała liczne kolonie w Indonezji, Sri Lance, Południowej Afryce i Surinamie. Stamtąd latami przybywały różnorodne smakołyki i na dobre zadomowiły się na Starym Kontynencie. Z kolei tureckie specjały przybyły wraz z wielką falą emigrantów zalewających całe Niderlandy. Zresztą kto nie lubi tureckiego jedzenia?!

Oczywiście tradycyjne holenderskie potrawy także istnieją. Są to często dania jednogarnkowe, typu stampot i po prawdzie, niewiele różnią się od polskich. Warzywa, kawałki mięska, kiełbasy... Gęste i sycące zupy jak erwtensoep (czyli zupa z zielonego groszku) przypominają mi rodzimą grochówkę. Ale o tym może więcej słów inny razem. 

Smacznego!

Eating habits

Let's check the cuisine. What is it what the citizens on Windmill Country eat? I heard this question many times, since I came here first time a year ago. Mostly my famil and friends were interested how does the traditional dutch cuisine look like. Well, after these three months, living between the Dutch I can finally honestly answer that question: just like the asian cuisin!

I'm not kidding. Most popular are chinese, indonesian, thai, indian, turkish and surinamese dishes. For me it's great! Any lover of the asian goodies would be delighted here or even happily thrilled. I guess I have never eaten so much of chinese in my entire life as in these last few months. Someone could suggest that maybe I'm just choosing these dishes, but trust me, i'm not subjective. It is the reality. The best proof for my theory are the omnipresent turkish shops, asian restaurants, cafeterias with food to go and TOKO. The last one is my favorite. at the bgining I didn't understand well what are these shop-cafaterias. You can buy there any product (and not only groceries) you can imagine, typical for the cuisine of the toko you are visiting. In some of these they are serving already prepared dishes to go. You want more proves? In the supermarkets of themost popular chain next to the normal groceries, there are the whole big shelves with any asian assortment, starting with vaggies, through soups, sauces, spieces, side dishes finishing with the whole dinners. Instant and fresh as well. If You'd go to the city center, you'd notice many trailers with warm vietnamese snacks. There's nothing better than delicious, crunchy loempia (or a spring roll as it's called in english). There's always someone standing by these trailers and crunching.

Where did this all come from? So much intensity of asian cuisine  in the middle of Europe? The answer couldn't be easier: colonies! The Nethelands had quite some of its colonies in Indonesia, Sri Lanca, South Africa and Suriman. During the ages different exotic delicacies were coming here and finally stayed for good, while the turkish specialities came here with big wave of emigrants. Besides who doesn't like the turkish food?!

Of course there is also a very traditional dutch cuisine. It's mostly one pot dishes like stampot and honestly, they are not that different from the polish ones. Vegetables, pieces of meat, sausage... Thick and heavy soups like erwtensoep (green peas soup) reminds me of our polish pea soup. But on this topic I'll focus some other time.

Enjoy!

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Impreza po holendersku

Nowy Rok. Mam nadzieję, że wszyscy spędzili Sylwestra 2011 miło i w doborowym towarzystwie, bo jak to mówią: jaki Sylwester, taki cały rok! Ja nie narzekam. Choć moja impreza może nie była idealna, spędziłam fajnie czas z mym lubym i znajomymi. Po wstępnej domówce i fajerwerkach o północy, na drugą połowę wieczoru udaliśmy się na typową imprezę klubową. 

Cóż mogę rzec... Nie są to moje klimaty. Nigdy nie były i raczej nigdy nie będą, ale szansę trzeba dać i zintegrować z resztą towarzystwa. Pierwsze wrażenie było całkiem zabawne. Masa ludzi plątająca się po holu, gdzie na drewnianych skrzyniach można było zrobić sobie samemu kocią maskę (a jakże, zrobiłam! Miau...). Na samym środku holu znajdował się mini parkiet i konsola, gdzie część ludzi się bawiła, a wokół otaczał ich mini tor, po którym co jakąś chwilę pedałował ktoś mini pojazdem. Wyglądało to dość zabawnie, ale nie tak komicznie jak mała "sala" karaore urządzona... pod prysznicem! Ludzie w szlafrokach i z ręcznikami śpiewali w łazience zza rozsuniętej zasłonki prysznicowej (o ile śpiewem można ich wysiłki nazwać, ale przecież o to chodzi w tej zabawie. "Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej..." jak to kiedyś przedstawił Jerzy Stuhr). Ponoć wiele ludzi śpiewa pod prysznicem, ale ile z nich ma okazję zrobić to publicznie... i to dość dosłownie. 

Niemniej jednak, główna impreza mnie przeraziła. W wielkiej hali z trybunami, setki ludzi poruszało się w takt muzyki elektronicznej. Typowa masówka. Nazwijcie mnie ignorantką, ale ja tam taktu nie słyszałam. Bardziej odgłosy wszystkich sprzętów AGD puszczonych razem przy akompaniamencie wiertarki. Próbowałam się zintegrować. Starałam się wpaść jakiś trans, który najwyraźniej jest niezbędny do czerpania przyjemności z tej muzyki. Nie potrafiłam. Pozostało mi tylko z rozbawieniem obserwować moich nieco pijanych już towarzyszy i resztę żywego inwentarzu znajdującego się na parkiecie. A wszystko to mocno zlane piwem:
-Chcesz coś do picia?
-Nie.
-To masz piwo! 
Bach, plastikowy kubeczek ze złocistym napojem został wciśnięty mi w dłoń. Po czym musiałam skakać po całym parkiecie uciekając przed rozlewanym bezwiednie przez innych (a szczególnie przez Maurycego) na wszystkie strony piwem. Nie przetrwały tego potopu ani moje buty, ani spodnie, ani zresztą nikt inny. Swoją drogą prowizoryczny bar, z którego serwowano ten oraz inne napoje, w moich oczach wołał o pomstę do nieba. nawet nie sam bar, a personel. Gdybyśmy w którymkolwiek barze, w jakim pracowałam serwowali piwo i drinki tak powoli (i to będąc do tego całkiem dobrze przygotowanym, tak jak oni) to bar nie zarobiłby nawet na nasze wypłaty. Aż miałam ochotę tam wejść i im pomóc.

Obawiam się, że w Holandii słynącej z techno itp. za bardzo nie poimprezuję i zaczynam powoli tęsknić za krakowskimi klubami, które tak lubiłam. Ta muzyka do mnie nie przemawia. Ani ten rodzaj imprez. Na całe szczęście mam bardzo dobre towarzystwo, więc nudzić się z nimi nie mogę :) Ale mam cichą nadzieję, że nie będę musiała za szybko (lub nigdy więcej) brać udziału w podobnym przedstawieniu. 

~*~ ~*~ ~*~ 

W tym miejscu życzę Wam wszystkich Szczęśliwego Nowego Roku oraz wielu sukcesów i radości w nadchodzącym 2012 :)

Partying in a dutch style

New Year. I hope that everybody had a nice and fun New Years Eve 2011 with the great company, cause as they say: like the New Year, like the whole year! I can't complain. Though my patry maybe wasn't perfect, I did spend it with my beloved one and friends. After a small before-party at home and lovely fireworks, second part of the evening was planned to be at a typical clubing party. 


What can I say... It's not really my thing. I never liked it and I guess never will , but I had to give it a chance and intergrate with the rest of the company. First impression was quite funny. A lot of people chatting in the hall where on the wooden crates you could make yourself a cat mask (of course I did! Meeaaawww). In the middle of the hall there was a DJ console and a mini dancefloor with some people dancing and all of it was surrounded with a mini railway track with a funny tiny vehicle where you could pedal. Very popular toy :) It did look a bit funny, but not as hilarious as the karaoke room...under the shower. People in the bathrobes with towels were singing in a bathroom from behind a shower curtain (if you can actually call it "singing" but that's the part of the fun!). Apparently many people like singing under the shower, but how many of them could do it in public? ;)

However the main party simply terrified me. In a huge hall with grandstand hundreds of young people were moving in the rhythm of the electronic music. Typical mass party. Call me an ignorant, but I didn't hear any rhythm. Rather something like sounds of all kitchen equipments with accompaniament of a screwdriver. I tried to intergrate. I tried to get in some kind of trance, which apparently is necessary to enjoy with this music. I couldn't. All I could do was watching my already a bit drunk friends and the rest of the livestock on the dancefloor. All of it covered with beer:
-You want something to drink?
-No.
-So here, have a beer!
And a plastic cup with the golden liquid was placed in my hand. Than i had to jump all over the dancefloor running away from unconsciously spilling beer (mostly by Maurice). This flood reached my shoes, my jeans and all the people around. By the way, the temporary bars, where they were serving beer were calling for a help to heaven. Even not the bars as much, as the staff. If any of the bars I have ever been working in would be serving beer and drinks sooo slowly (and they were actually really well prepared for this) as in these ones, we would never even earn for our salaries. I seriously wanted to get there behind the counter and help them.
I'm a little bit afraid, that in the Netherlands famous for its techno music etc, I'm not gona party so much and I start missing the Cracow's bars and clubs, that I liked so much. This music here is not talking to me. Nor this kind of the parties. Luckly I have a really good company here, so I can not be bored :) But I hope I'mnot gonna have to take part in anything like this for the next few months (or ever!). 

~*~ ~*~ ~*~ 

I would like to wish to all of you Happy New Year and many many successes in 2012:)

środa, 28 grudnia 2011

Transport na kartki

Zaraz po zdobyciu holenderskiej karty płatniczej, wzięłam mój bankowy "kalkulator" i zakupiłam sobie drogą online OV-chipkaart. Jest to sprytny system rozpowszechniony już w całym kraju wiatraków, dzięki któremu szybko, łatwo i sprawnie opłacasz przejazd środkami transportu. 

Jak to działa? Otóż otrzymujesz plastikową kartę ze swoim zdjęciem i nazwiskiem (tudzież anonimową, ale taką można kupić tylko w niektórych automatach na dworcu lub w kasie biletowej). Kartę można (i należy) doładować dowolną ilością euro w owym automacie lub zapisać na niej konkretne pakiety, np. bilet miesięczny. Potem sprawa jest już dziecinnie prosta. Wskakujesz do dowolnego pociągu, autobusu, tramwaju czy metra (działa na wszystkie środki transportu publicznego w kraju), meldujesz się na pokładzie ;) przykładając kartę do czytnika i jedziesz. Przy wysiadaniu musisz jedynie pamiętać, żeby się wymeldować w dokładnie taki sam sposób, w przeciwnym razie obciążą cię za podróż kwotą 4 euro (czyli kredytem pobieranym "w zastaw" kiedy wsiadasz do pojazdu). Lepiej nie zapominać. Z tego też powodu wsiadając trzeba mieć minimum te 4 euro na koncie. Inaczej kierowca każe ci wysiąść albo kupić jednorazowy bilet. Oczywiście są takie pojedyncze bilety o uroczej nazwie enkeltje (czyli w wolnym tłumaczeniu "jedyneczka"), ale są one stosunkowo drogie i nieopłacalne, jeśli zamierzasz przemieszczać się po mieście, na krótkich dystansach. 

Wszystko brzmi pięknie, nieprawdaż? Jednak tak idealne nie jest. Jest dobrze, póki nie potrzebujesz skorzystać z centrum obsługi klienta. Cóż się mianowicie stało... Wysłałam wypełniony formularz ze zdjęciem i opłatą. Czekam na przesyłkę. Po dwóch tygodniach (zapewniają, że czas dostawy to 7 dni roboczych) uznałam, że czas się skontaktować z nimi, co jest grane! Okazało się, że w jakiś magiczny sposób moje zgłoszenie im się zgubiło i nie ma go w systemie, więc poprosili o przysłanie im moich wszystkich danych jeszcze raz, tym razem mailem. Upewnili się: nie mają mnie. Proszę o potwierdzenie przelewu. Dalej mnie nie znajdują. Co w tej sytuacje zrobili? Poprosili o powtórzenie całej procedury ponownie za pośrednictwem ich strony i wysłanie całego zamówienia ponownie. W między czasie zwrócą mi pieniądze, które już wpłaciłam. Czas oczekiwania na przelew może potrwać do 3 miesięcy. Czy ich tam do jasnej cholery pogięło? A nie mogą tak po prostu wykorzystać danych, które im podałam i potwierdzenia przelewu, żeby mi tą durną kartę wystawić? Za skomplikowane?... 

Podsumowując, obsługę klienta mają fatalną, zresztą nie ja jedna podzielam to zdanie. Kazałam im spadać na drzewo i posłałam do diabła. Niestety pech sprawił, że mój rower został skradziony i chcąc być mobilna (i nie przepłacać), musiałam się przemóc i kupić cholerną kartę. Tym razem poszłam na dworzec i automat grzecznie wypluł mi anonimową OV-chip kaart z miejsca. Z systemu jestem zadowolona, ale obsługę klienta zamierzam omijać szerokim łukiem.

Cards for transportation

Just after I received my dutch debit card, I took my banking "calculator" and bought online my own OV-chipkaart. It's a smart tricky system working in the whole Windmill Country used for fast, simple and effective payment for the tickets in the public transport.

How does this work? You get a plastic card with your picture and name (or anonymous, but this version of the card is possible to buy only in some vending machines at the train stations or in ticket offices). The card should be charged with any amount of Euro in one of these machines. You can also buy any kind of service (like monthly ticket) and put on the card. Than it's childishly simple. You get in to any train, bus, tram or subway, you check in by approaching your card to the scanner and go. When you're getting off don't forget to check out in exactly same way, otherwise you're gonna be charged with the maximum cost of the trip, 4 Euro (it's also the credit your card is being frozen with when you're getting in). That's also the reason you need to have at least these 4 Euro on your card to travel with the ov-chipkaart system. Otherwise the driver may ask you to get out or buy a single way ticket. Of course you can easly buy these single way tickets with a lovely name enkeltje at any time, but they are a bit expensive and not profitable if you're traveling on a short distances. 

It all sounds great, isn't it? However it's not so perfect. It's good as long as you don't have a need to use their customer service center. What happened to me... I applied for the card, sent my picture and paid. It says I should get my card within 7 working day. Two weeks later without getting any, I contacted them to check what's going on. It appeared that in some magical way my application got lost and they don't have it in their system. So they asked me to send them all my data by mail, so they can check for sure. They did: still can't find. They asked me for sending them a confirmation of my payment. Still nothing. So what did they do? Asked me to fill the form online, pay again and sent the application once more. Meantime they'll give me back the money I already paid. Meantime in this case means up to 3 weeks. Really? What the fuck?... Can't they just use the whole data, informations and payment confirmation I gave them and send me this stupid card?! Is it what complicated? Dumb bureaucracy...

Summerizing, their customer service sucks! And it's not only my opinion. They are not really helpful. I told them to go to hell. Unfortunatelly since my bicycle got stolen if I want to be somehow mobile (and not overpay) I had to finally get this damn card. But this time I went to train station and the vanding machine did nicely, politely and immidiately spit out my new anonymous OV-chipkaart. I am pleased with the whole system, but the customer service I simply try to avoid. 

czwartek, 22 grudnia 2011

Krok po kroczku, najpiękniejsze w całym roczku...

Narzekania się skończyły! Przygotowania do świąt pełną parą, a właściwie to wkraczają w fazę oczekiwania. Prezenty spakowane i upchnięte po kątach (niby ukryte), lampki przed domem zawieszone, dekoracje rozstawione w całym domu, ciasta upieczone, ciasteczka na choinkę polukrowane. Karp ukatrupiony. 

ciasteczka choinkowe made by me
biała pierzynka
 śnieg zaskoczył przyrodę

Wszystko nabiera coraz przytulniejszej atmosfery. Śnieg lekko sobie prószy za oknem i przykrywa cały krajobraz mojego "końca świata" bialutką kołderką. Po domu roznosi się zapach cynamonu. W przedpokoju króluje wielka jemioła, którą przytargaliśmy z tatą dziś z targu. Pierożki i uszka oczekują grzecznie w zamrażalniku. Nawet przypadkowo wysiane jesienią pomidory na parapecie zaczynają się czerwienić, jakby na święta. Brakuje jeszcze tylko choinki w salonie i Maurycego. Na szczęście przylatuje już jutro! Stęskniłam się przez te parę dni za myszą moją i jego popiskiwaniem. 

Muszę przyznać, że bardzo szybko przyzwyczaiłam się do tej sytuacji. W końcu to mój dom rodzinny,  jak dla mnie najprzytulniejsze miejsce na ziemi! A wieczorne rozmowy przez Skype momentalnie przywróciły wspomnienia sprzed tych ostatnich paru miesięcy, sprzed przeprowadzki. Już następnego dnia po przylocie czułam się, jakbym nigdy nie wyjechała. To samo zresztą powiedziała moja mama. Cóż... jestem tu bardzo odprężona. I mam wielką nadzieję, że ten weekend tu, podziała na Maurycego równie odprężająco. 

Na zakończenie pozostaje mi życzyć Wam wszystkim ciepłych i radosnych Świąt. Spokoju i miłości nie tylko przez te kilka dni w roku, natchnienia, motywacji i czerpania radości z tego co robicie. Dla podkreślenia uroczego przedświątecznego nastroju ostatnie słowo zostawiam naszej ulubionej Katie oraz jej kojącemu głosowi, który w tej piosence działa jak balsam na moją duszę. Wyczekuję jutra, kiedy będę mogła zawtórować jej "...from now on, our troubles will be miles away..."


Have Yourself a Merry little Christams everyone

Step by step, the Christmas is coming

The preparation for Christmas in progress. Actually it's already the part where we're focusing on waiting. The gifts are packed and hidden somewhere in the closets, fairy lights are twinkling in front of the house, ornaments are hanging all over the house, cakes are baked, cookies for the christmas tree are decorated with the frosting. The carp is murdered.

christmas tree cookies  made by me
white fluffy snow
Everything start looking more cosy. Snow is softly spraying snowing behind the window and covers the whole landscape of my "end of the world" with a fluffy white blanket. All over the house spreads the smell of cinnamon. The huge mistletoe is hanging above the hall. We bought it today with my dad at a market. The dumplings and tortellini are patiently waiting in the freezer. Even a tomato accidentally growing at the window is getting red, just like he's preparing for Christmas. The only missing are Christmas tree in a living room and Maurice. Luckly he's coming already tomorrow! I missed my cute Mausje and his squeaking these last few day.

I must admit I got used to this situation quite fast. After all it's my family home, the most cosy place in the world! And the evening Skype conversations reminded me of the times from before I moved to Holland. My mom actually said the same thing. Well... I feel very relaxed here. And I really hope that Maurice is gonna feel the same during this weekend.

Now I want to wish you all a merry Christmas. A lot of peace and love not only on these few day, but during the whole year, inspiration, motivation and taking the joy with whatever you're doing. The last words I leave to our favorite Katie and her comforting voice, which in this song work as a balm to my soul. I'm waiting for tomorrow, so I can follor her words with "...from now on, our troubles will be miles away..."


Have Yourself a Merry little Christams everyone
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...