środa, 17 września 2014

Małpie figle

Ostatnie tygodnie były jakieś takie zabiegane... Wakacje się skończyły, korki na ulicach znów się pojawiły, w weekend co rusz wypadały nam jakieś rodzinne spotkania i imprezy... Ehh zatęskniło nam się za dniem spokoju, spędzonym tylko we dwójkę. Za taką małą jednodniową wycieczką. Szybko rzuciłam okiem na Vakantieveilingen.nl i wylicytowałam nam dwa bilety do zoo! 

Może rodzima fauna Holandii na kolana nie powala, ale parki zoologiczne to mają rewelacyjne. Wybór padł na dość niezwykły park: Apenheul. Jego specyfika polaga na tym, że można tam zobaczyć niemal wyłącznie... małpy! Ale za to ile tych małp. Przeróżne gatunki i rodzaje. Od maleńkich marmozet po wielkie goryle, od figlarnych saimiri  po rozleniwione orangutany, poprzez zagrożone kapucynki, różnorodne lemury, drobniutkie wąsate tamaryny na zaczepnym nosaczu i głośnych wyjcach kończąc. Ale żeby atrakcji było mało, duża część tych mniejszych małpek biega sobie swobodnie poza klatkami, skacze po drzewach i plecach zwiedzających ;)


Goryl Jambo, orangutan Sandy, nosacz Jeff, lemur Herbert
Doborowe towarzystwo: mała Saimiri, goryl Jambo, nosacz Jeff, lemur Herbert i orangutanica Sandy (super-mama)
Najzabawniejsze były malutkie saimiri, które witają zwiedzających tuż po wejściu do parku. Rozbiegane i ciekawskie małpki włażą na ramiona, zaglądają do dziecięcych wózków i trzeba dobrze pilnować kieszeni i torebki, bo gdyby tylko miały okazję, zaraz dałyby tam nura w poszukiwaniu smacznych zdobyczy. Dlatego też przed wejściem trzeba zaopatrzyć się w specjalne "przeciwmałpie" torby i nie wolno karmić zwierzaków. 

saimiri, apenheul

apenheul moneys
Co tam dzieci... małpy pierwsze!
Dotyk tych maleńkich łapek jest niesamowity! ;)

Czy to już pora karmienia? 
Spacerować można nie tylko wśród tych maleństw. Również makaki z Gibraltaru mają własną dolinkę, po której można się powałęsać i usiąć obok małpiej rodzinki. A rodzina jest urocza... Maleństwa podróżują na grzbiecie mamusi, gonią się, bawić gałązkami i spoglądają na nas z wyższych pułek skalnych. Ach, dzieciaki mają tam radochę.

makak apenheul

apenheul
małpia rodzinka
Samotny w tłumie

Co nas dość zaciekawiło, klatek jest w parku naprawdę niewiele. Większość małp biega luzem albo mają swoje własne wysepki oddzielone od pozostałych fosami i skalnymi ściankami. Dzięki temu ma się wrażenie, jakby spacerowało się po lesie, a nie zoo. A zwierzęta wchodzą ze sobą w różne interakcje.

Sandy supermoeder
Rodzinka orangutanów
apenheul moneys
Makak waderu pociąga za sznurki ;)
neusaap apenheul
nosacz Jeff wypatruje sąsiadów
tamarin, leeuwaap
Tamaryn rozgląda się za kolejną zaczepką
marmozeta biała
Marmozetka biała wypatrzyła u kogoś winogrona! Ach, gdyby nie ta szyba...
Tego jednego popołudniu widzieliśmy, jak nosacz pokrzykuje z wysokiej gałęzi do swoich sąsiadów makaków wanderu. W innym miejscu lemury wari wszczęły głośną kłótnię, bo jeden nadepnął na drugiego chcąc przejść na drugą stronę gałęzi, a tamaryny ścigały się z gibonami. Tylko pokojowe bonobo nie zwracały na nikogo uwagi i ucinały sobie drzemkę w cieniu drzew. Niczym człowiek po sytym obiedzie ;) 

żeby nie było, że tylko małpy w Apenheul żyją... oto struś stanął z nami oko w oko
Co to za park w Holandii bez kinderboederij! ;)

Apenheul to dla dzieci ogromna atrakcja. Nudzić się tam napewno nie będą, a i my choć dorośli bawiliśmy się rewelacyjnie. Jak mój brat przyjedzie w odwiedziny, koniecznie będziemy musieli zabrać tam moją bratanicę i bratanka. Już wyobrażam sobie ich roześmiane buźki :)

wtorek, 2 września 2014

Our second COOKIE quiz

It´s been awfully quiet here lately. Yes, yes… I know. It´s my fault since I haven´t been translating much into English for a year or so. I promise to finally fix it soon.  Mean time I think you deserve a little treat. That´s why we´re starting a new cookie quiz again!

The rules are the same as the previous time: 
  • You can leave the answers in the comments (they are going to be hidden for the coming month and posted only after the quiz is finished) or send to my email: Justine.in.neverland@gmail.com. Please do not leave your answers on our Facebook fan page.
  • The quiz ends on October 2nd. Till that day you have time to prove your love to Dutch sweets.
  • When the time is up my adorable assistant Mauricia will choose 3 random winners.
  • The lucky ones will receive from me small packages filled with Dutch sweets.


Good luck everyone and I hope you will enjoy this yummy game!

 The second edition of our 
COOKIE QUIZ

1. What is the name of a dessert made of choux pastry filled with whipped cream and covered with chocolate? (The picture belowe)



2. These big ball pastries mentioned above can make you feel really guilty because of its size (and all the calories of course). Luckily there's also a mini version of them, same delicious. What's the name of these small balls filled with whipped cream?


3. One of the more popular cakes in the Netherlands is a variety of a napoleon or mille feuille with pink icing. How is it called in Dutch?


4. Dropjes are THE candies of the Netherlands. There are hundreds of types of them. One of more popular are apekoppen. What is the taste of these monkey heads?

5. When Sinterklaas is coming to the Netherlands, he treats the children not only with pepernootjes, but also with sweet latters. What are these letters made of?

6. Vlaai is next to an apple pie the most common and popular pie. From which province is it originally coming from?

7. One of my favorite pastries in this country is a sweet, a bit sticky bread with a hint of cinnamon. Maurice allowed me to try it for the first time on my birthday (first time celebrated in the Netherlands). How do you call this pastry?

8. Dutch people love a custard-like dessert sold in carton boxes. How is it called in Dutch?

9. Bokkenpootjes means "goat's legs" and it's a cookie made of two crunchy pieces. They are glued with a cream and their both ends are chocolate covered. What are these two pieces made of?

10. What's the name of the cake on the picture below?




Nowy quiz ciasteczkowy

Coś trochę cicho się tu ostatnio na blogu zrobiło, więc postanowiłam nas nieco rozruszać. A cóż jest lepszą motywacją jak nie odrobina słodyczy? Ogłaszam zatem drugą edycję naszego ciasteczkowego quizu.

Zasady obowiązują takie same jak poprzednim razem: 
  • odpowiedzi można zostawiać w komentarzach (w tym celu uruchomiłam tymczasową moderację i zostaną one opublikowane dopiero po zakończeniu konkursu) lub przesyłać na maila: justine.in.neverland@gmail.com. Bardzo proszę o nie pozostawianie odpowiedzi na nibylandiowym Facebooku.
  • swoją znajomością holenderskich słodyczy możecie się wykazywać do 2. października. 
  • po zakończeniu konkursu moja asystentka Maurycja ;) wylosuje 3 zwycięsców.
  • do tych szczęśliwców powędrują w nagrodę paczuszki z holenderskimi smakołykami. 
Powodzenia moi Drodzy i życzę Wam pysznej zabawy!

Druga edycja nibylandiowego 
COOKIE QUIZ:

1. Jak nazywa się kula z ciasta parzonego, wypełniona bitą śmietaną i oblana czekoladą? (poniższe zdjęcie). 

2. Wyżej wspomniane kule mogą wywołać spore wyrzuty sumienia ze względu na ich rozmiar (i ilość kalorii). Na szczęście istnieją jeszcze w wersji mini i są równie pyszne. Jak się nazywają te małe kuleczki z bitą śmietaną?


3. Jednym z bardziej popularnych ciast w Holandii jest odpowiednik naszej kremówki z różowym lukrem. Jak nazwa się to ciacho po holendersku?

4. Dropjes to prwdziwy obłęd w Holandii. Odmian i rodzajów tego cukierka są setki. Jednym z nich są apekoppen. Jaki smak mają te małpie główki?

5. Holenderskie dzieci dostają od Sinterklaas nie tylko pepernootjes 5. grudnia, ale również słodki litery. Z czego są te litery wykonane?

6. Vlaai jest jednym z najpopularniejszych holenderskich ciast (obok szarlotki rzecz jasna). Z jakiej prowincji oryginalnie pochodzi vlaai?

7. Jednym z moich ulubionych wypieków tym kraju jest słodki, nieco lepki chlebek z odrobiną cynamonu. Po raz pierwszy Mauryc pozwolił mi go spróbować w moje pierwsze obchodzone w Holandii urodziny. Jak się ten wypiek nazywa?

8. Prawdziwy, gęsty budyń ciężko w Holandii dostać, jednak bardzo podobny produkt (mniej gęsty) jest tu niesamowicie popularny. Często sprzedawany w kartonikach. Jak się nazywa?

9. Bokkenpootjes znaczy "kozie nóżki". To ciasteczko składające się z dwóch warstw zlepionych kremem i zanużonych w czekoladzie na obu końcach. Z czego są zrobione te dwie warstwy?

10. Co to za ciacho znajdujące się na obrazku poniżej?




środa, 20 sierpnia 2014

Historie pewnego wilka i kota, czyli holenderskie drapieżniki

- Ostatnio usłyszałam, że w Holandii mają nad autostradami specjalne wiadukty dla zwierząt! Wiedzieliście o tym? – podzieliła się z nami swoim odkryciem koleżanka z pracy. Odkryła dopiero teraz, bo w obrębie Randstad wielu lasów ani zwierząt nie ma.
- Tak wiem, są szerokie na kilkadziesiąt metrów, żeby dzikie zwierzęta mogły sobie spokojnie przechodzić z jednego lasu do drugiego – ktoś skomentował.
- A jakie właściwie dzikie zwierzęta żyją w Holandii? – zapytał ktoś inny.
- Eeee... dobre pytanie... Ptaki?...

Tu mogłam włączyć się do rozmowy i podzielić się moją jakże głęboką wiedzą na temat holenderskiej dzikiej natury. Głębokość tej wiedzy jest niczym większa kałuża, bo i taka szalona różnorodność fauty w tym kraju. Co więc możemy wyliczyć? Jelenie, sarny, muflony. Krwiożercze drapieżniki jak borsuki, norki (oba gatunki zagrożone!), gronostaje, wydry, kuny, łasice i foki ... Oraz cała masa ptaków. Oj tak, ornitolodzy narzekać nie muszą, bo Holandia posiada bogactwo ptasich gatunków. Ach, no oczywiście: jest jeszcze dzik! Gatunek wymarły w XIX wieku, ale dzięki staraniom księcia Hendrika, dziki powróciły na holenderskie ziemie z początkiem XX wieku.

Ecoduct Woeste Hoeve nad autostradą A50. Źródło: www.rijkswaterstaat.nl
Szału nie ma? Daleko holenderskie Wielkiej Piątce do tej afrykańskiej ;) Ale co tu się dużo dziwić... Kraj maleńki, gęsto zaludniony, poprzecinany autostradami, a lasy to głównie znaleźć można we wschodnich prowincjach. W takich warunkach naprawdę trzeba się starać o zachowanie dzikiej natury. Stąd właśnie owe ekodukty nad autostradami! Ale to nie jedyne sposoby zabiegania o dzikie zwierzęta.

W ostatnich kilku miesiącach sporo się mówiło w mediach o możliwości powrotu prawdziwych drapieżników jak ryś, wilk i... dziki kot. Od kwietnia tego roku bacznie obserwuje się granicę z Niemcami w okolicach Enschede, gdzie pojawiły się wilki. Z początkiem czerwca zainstalowano szereg kamer mających śledzić poczynania drapieżnika w wielkiej nadziei, że niderlandzkie tereny przypadną mu do gustu. Jeszcze większą wrzawę wywołał wilk znaleziony 4. lipca na północowschodnim polderze. Pierwszy w 100% autentyczny wilk w tym państwie od 150 lat. Choć wilk nieżywy, nadzieje odżyły. Do czasu, aż z badań i śledzwta nie wynikło, że wilk pochodzi z Karpat i został przywieziony na teren Holandii już martwy.

Dziki kot w Holandii. Źródło: www.natuurbericht.nl
Nieco lepiej sprawy się mają z dzikim kotem. Na początku maja pojawił się w Limburgii zwierz, którego nie widziano już wieki. Dziki kot opuścił te tereny już w pierwszym wieku naszej ery z powodu zmian klimatycznych i wylesienia. I w tym roku postanowił wrócić. Podekscytowanie było tak wielkie, że w czerwcu osobnika złapano, przebadano i założono mu nadajnik. Dzięki temu organizacja Ark Natuurontwikkeling we współpracy z prowincją Limburg może zwierza monitorować. A dlaczego? Żeby odkryć jakie warunki i tereny mu najbardziej odpowiadają, a następnie zaadaptować pobliskie obszary pod koci gust. Żeby tylko tego kota nie udomowili...


niedziela, 27 lipca 2014

Anatomia Holendra: wakacje przy bagietce i pod gwiazdami

Ser? Jest. Dropjes? Są. Stroopwafels, piwo? Wszystko spakowane. Tylko hagelslag brakuje. Rany, czuję się jak klasyczna przedstawicielka rasy: Holender na wakacjach. Z tą różnicą, że ja pakuję te wszystkie rzeczy jako upominki dla rodziny. Tak, tak, za kilka dni jedziemy w odwiedziny do Polski. W końcu nam też się parę dni wolnego w środku lata należy ;)


A skoro o lecie mowa, to warto wspomnieć o tym jak Holendrzy najchętniej spędzają swoje wakacje. Mianowicie: na kempingu gdzieś we Francji. To ultraholenderski urlop. Chyba każdy z Wiatrakowa spędził choć raz letnie wakacje jako dziecko pod namiotem w Prowancji, Akwitanii lub francuskich Alpach. To właśnie najpopularniejsze regiony. Ktoś może się teraz oburzyć, że to jakiś stereotyp... Może i tak. Ale słuszny. Co roku blisko 3-4 miliony Holendrów pakuje manatki i jedzie na południe Francji! Ten motyw pojawił się w prawie każdej holenderskij książce, jaka wpadła mi w ręce (ok, nie czytam dużo po holendersku, częściej po angielsku lub polsku, ale to też jakaś tam statystyka, no nie?). 

Źródło: www.reisgraag.nl
Czemu Francja? A czemu nie! Stosunkowo blisko, piękne krajobrazy, zamki, góry, jeziora, winnice i pola lawendy. A na południu gwarancja świetnej pogody. Do tego przepyszne jedzenie, croissanty na śniadanie, sery na deser i hektolitry wina. Holendrzy mają generalnie jakąś słabość do tego co francuskie (poza samymi Francuzami), a już w szczególności do francuskiej kuchni. Całkiem sporo z nich zresztą mówi nieźle po francusku, zwłaszcza pokolenie naszych rodziców. Ale czy można się im dziwić? ;) 


Czemu kemping zatem? To już ciężej wyjaśnić. Zapewne dlatego, że to świetny sposób na rodzinne wakacje. Do tego luz, swoboda i blisko natury. A dzieciaki to uwielbiają. Kto z nas nie lubił spać w namiocie?! Ale nie bądźmy naiwni, że takie wakacje spędzane są w prymitywnych warunkach. Oj niee... Holendrzy są uzbrojeni w pełny ekwipunek. Jeśli nie jadą kamperem lub z przyczepą kempingową, ale z namiotem, to i tam samochód wypchany jest po brzegi i obwieszone rowerami. Kuchenta turystyczna i/lub kociołek, składane stoliki, krzesła, garnki, cała zastawa i wszystko co tylko mogłoby się im przydać. Co nowocześniejsze kampery mają wręcz płaskie telewizory. Ach no i oczwiście jedzenie!


- Kiedy w dzieciństwie jeździliśmy do Francji z rodzicami, cały bagażnik wypełniony był pudłami z jedzeniem - wspomina Mauryc. - Braliśmy wszystko co się da.
I rzeczywiście większość rodzin postępuje w ten sam sposób. Zabierają swoje ulubione produkty, takie jak dropjes, hagelslag, pindakaas i ser. Można się w sumie spodziewać, że tych smakołyków nie będzie się łatwo dało nabyć za granicą. Jednak to nie wszystko: całe worki ziemniaków, kawa, herbata (bo ta wiatrakowa jest przecież najlepsza), zgrzewki napojów i papieru toaletowego, puszki lub słoiczki z erwtensoep, musem jabłkowym, pasztety... Powody są różne... jedni obawiają się, że nie kupią poza Holandią tych rzeczy lb będą one droższe niż w domu (choć w rzeczywistości są zazwyczaj wręcz tańsze). Innym nie odpowiada smak, tudzież są przyzwyczajeni do swojej małej czarnej Douwe Egberts. Ze wszystkich wymówek jak obstawiam najzwyczajniejszy holenderską oszczędność i pragmatyzm. 


Słysząc te historie w pierwszym momencie zawsze chce mi się śmiać. Ale z drugiej strony, czy my Polacy jesteśmy aż tak inni? Przyznać się kto nie pakował całego zapasu konswer jadąc na rodzinne wakacje ;) Jedno tylko jest pewne: Polacy znacznie mniej cenią sobie wakacje pod namiotem, niż Holendrzy. Może dlatego, że nam znacznie dalej do Francji? 

piątek, 18 lipca 2014

Gdzie się bawić podczas Zomerfeesten?

Przed nami kulminacyjny weekend Vierdaagse i Zomerfeesten w Nijmegen! Dziś ostatni dzień marszów i oficjalne zakończenie. Maszerujący w chwale pokonają ostatnie kilometry i wiwatujący tłum powita ich oklaskami i czerwonymi mieczykami. A co z zabawą? Oj będzie się działo!

Tylko gdzie się bawić? Całe centrum Nijmegen pokryte jest szalonym tłumem, stoiskami z kuszącym jedzeniem i oczywiście imprezami. Na mapie znajdziemy 32 punkty ze scenami i muzyką na żywo, DJ'ami i innymi atrakcjami muzyczno-rozrywkowymi. Zatem gdzie iść? Którą scenę odwiedzić? Przed Wami moi drodzy bardzo subiektywny przewodnik po najciekawszych imprezach podczas tutejszych Zomerfeesten!


Nijmeegse Zomerfeesten - the place to be:

  1. Valkhof Festival. Zdecydowanie miejsce warte odwiedzenia. Popularny park Valkhof zamienia się na ten tydzień w jedną z najfajniejszych imprez. Na jego teranie znajdują się trzy sceny oferujące głównie rock i nieco alternatywy. Jedna ze scen przyciągnie również entuzjastów muzyki elektronicznej. Do tego bary piwne, dwa z koktajlami i owocowymi shake'ami, parę przyczep z przekąskami... i wszystko to za darmo! Jeden tylko szczegół wart wspomnienie: za napoje i jedzenie nie płaci się gotówką, ale specjalną kartą zbliżeniową, którą można dostać i doładować w kasie. Rok temu w użytku były popularne na każdym festiwalu muntjes.
     
    Źródło: www.vierdaagsefeesten.nl
  2. Festival de Oase. Tuż przy wyjściu z parku Valkhof, na placu Kelfkensbos znajdziemy kolejne miejsce warte zachowu. Na scenie przed muzeum prezentują się artyści i tancerze z przeróżnych zakątków świata, utrzymując swój występ w ryzach własnej kultury i tradycji. To najbardziej międzynarodowa scenia i co roku można obejrzeć tu, np. pokaz tańca brzucha. Rewelacja. Jednak to co najbardziej przyciąga mnie w to miejsce to... jedzenie. Ten plac to swoista jadłodajnia podczas Vierdaagse. Stoiska z kuchnią tajską, indyjską, japońską, senegalską, karaibską, irańską... Jest w czym wybierać i posmakować nowych potraw. Mniam mniam!
  3. De Kaaij. Mój faworyt. Tuż przy rzece, pod mostem mieści się zwariowana ostoja przyciągających każdego kto lubi nieco hipisowskie, alternatywne (i niezwykle modne w ostatnich latach) klimaty. Atmosfera totalnego luzu, z nutką melancholii dla minionych epok, muzyka na żywo, karuzele i oczywiście znów: jedzenie. Tym razem wszystko biologiczne, organiczne, home-made i co tylko każdy hipster sobie wymarzy. A zatem też i bardzo tłoczno. Ale warto!


  4. Plein 44. Nowość w tym roku. W samym sercu miasta, na nowo wyremontowanym placu scena z rewelacyjnymi artystami. Znów dominują klimaty rockowe i każdy miłośnik festiwali się nie zawiedzie. To tutaj widzieliśmy w zeszły weekend świetny zespół Kensington. 
  5. Koningsplein. Tuż za rogiem od Plein 44 znajduje się kolejna tłoczna imprezownia. Bez znanych nazwisk, ale z solidną dawką popularnej muzyki. Covery znanych zespołów wykonywane na żywo i rozentuzjazmowany tłum. Jeśli chcecie się wyszaleć i wybawić na całego - to powinien być Wasz cel!
  6. Otis Park. Coś dla zwolenników spokojniejszych, ale elektryzujących klimatów. Jazz rozbrzmiewa w parku Kronenburgerpark, a scena gości mało znanych jeszcze singer-songwriters. Szczypta kultury w tym całym szaleństwie. Nie ma to jak po całym dniu usiąść na trawce i posłuchać prawdziwego talentu. 
  7. Festival op 't Eiland. Moje kolejne ulubione miejsce w podobnym stylu do De Kaaij. Niestety w tym roku nieczynne, ze względu na porzeszanie koryta rzeczy i budowę sztucznej wyspy. To właśnie na drugim brzegu rzeki Waal ta kultowa impreza przyciągała tłumy na plażę. Wcześnie nazywana klimatycznie: Habana aan de Waal. Nie ma tego złego jednak. Po skończeniu prac, setna edycja Vierdaagse powita nas nową festiwalową wyspą! Już zacieram ręce.
     

  8. Nie do końca moje klimaty, ale również popularne:

  9. Matrixx live aan de Kade. Wielka scena na nabrzeżu Waalkade. To tutaj można zobaczyć znane holenderskie nazwiska jak m.in. Glannis Grace, Nick & Simon,  Gers Pardoel, Roy Donders etc. I oczywiście poniedziałkowy pokaz fajerwerków.
     
    Zapożyczone z Facebooka
  10. Matrixx at the Park. Każdy amator techno i innych elektronicznych brzmień znajdzie tu swój raj. Cały Hunnerpark przeistacza się w klubownię pod gołym niebem. Szczególnie tłoczno tu od młodocianych.
     
  11. Faberplein. Podobnie jak Koningsplein, bardzo popularny i tłoczny plac. Muzyka popularna i elektroniczna. Również dobre miejsce, żeby się wyszaleć. 

SPROSTOWANIE:

W związku z wczorajszą katastrofą samolotu Malaysian Airlines, zakończenie tegorocznych Vierdaagse odbędzie się w spokojniejszej atmosferze. Podczas zakończenia marszu nie będzie żadnej muzyki, koncerty zakończą się o północy, a o godzinie 20:00 nastąpi minuta ciszy. Organizatorzy proszą uczestników Vierdaagsefeesten o zachowanie umiaru. Szalone imprezy są w tych okolicznościach niestosowne i nie będą miały miejsca. 

piątek, 4 lipca 2014

Pożegnanie z bilecikami

Będzie mój ulubiony ostatnio temat: pociągi. Wiele osób w Holandii narzeka na koleje. Nie mam kompletnie pojęcia dlaczego. Może nie podróżowałam jeszcze wystarczająco pociągami po Wiatrakowie. A może ci pozostali najwyraźniej nigdy nie podróżowali polskimi pociągami.... Holenderskie koleje są w moim mniemaniu przyjemne: suną cicho i gładko, szybko i kursują często. Żadnego rzucania na strony i stukotu zagłuszającego własne myśli. Spokojnie można poczytać, poczyć się czy popracować. Co prawda bilety są dość drogie i w godzinach szczytu potrafi być całkiem tłoczno, ale... gdzie nie jest?

Generalnie bardzo lubię holenderskie pociągi. Dlatego ciekawią mnie wszelkie wiadomości z kolejami związane (plus zboczenie ze względu na pracę). I tak niedawno słyszeliśmy o protestach służb sprzątający oraz naocznie mogliśmy doświadczyć efektów tychże. Teraz wszystko wróciło do normy i pociągi znów są czyściutkie. Następnie były pogłoski o podniesieniu (i tak już wysokich) cen w godzinach szczytu. Pomysł ten jednak nie przeszedł. Inne zmiany jednak zostaną już niedługo wprowadzone w życie. 



Od 9 lipca mianowicie nie będzie już można kupić jednorazowych papierowych biletów. Już teraz kupując enkeltje w automacie na dworcu, ekran sugeruje jednorazowe OV kaart. Dopiero u dołu ekranu widnieje opcja papierowych bilecików, która i tak niebawem zniknie. Co się zatem stanie? Podróżujący będą musieli korzystać ze swoich bardzo holenderskich OV chip kaart. I super. Bardzo nowocześnie i bez marnowania papieru. Ale ale... przecież jest cała masa ludzi, którzy (tak jak ja na przykład) nie jeźdżą często pociągami. I co z turystami? Muszą sobie też wyrabiać karty, że przejechać raz pociągiem z Amsterdamu do Hagi?? 

Źródło: www.oras.nl

Nie do końca. Zamiast kupować papierowego biletu, w tymże samym automacie na dworcu będą mogli nabyć jednorazową OV chip kaart. Przez pierwszy tydzień będą mogli nawet liczyć na pomoc pracowników koleji, którzy będą w tymże celu czatować przy automatach. Innymi słowy zamiast papieru, kawałek plastiku. No teraz to już nie wiem czy to wciąż takie green. Z tego też powodu jednorazowe bilety będą droższe o 1 euro. Co więcej, żeby zachęcić wszystkich do nabycią osobistych OV kaart, NS oferuje do końca lipca promocję: tylko 2 euro za osobistą kartę, której wyrobienie normalnie kosztuje 7,50. Choć po pierwszych przejściach z wyrabianiem OV chip kaart nieco się do tego procesu zraziłam, to chyba jednak się teraz skuszę ponownie i zamienię moją anonimową kartę na spersonalizowaną. Szczególnie, że NS zapowiada, iż akcja może zakończyć się wcześniej, jeśli spotka się z dużym powodzeniem. 

Ach, takie to nasze Wiatrakowo nowoczesne...  ;)

sobota, 21 czerwca 2014

Kartkomania

Jak często wysyłacie kartki tradycyjną pocztą? Na Święta? Z wakacji? Poczta elektroniczna, sms'y i social media coraz bardziej wypierają tą bardziej tradycyjną formę przekazu wiadmości. Listy i widokówki są coraz rzadziej wysyłane. Ale nie w Holandii!

W Wiatrakowie panuje istny szał wysyłania kartek na każdą okazję. Na naszej szafce zrobiło się ostatnio coś tłoczno... Dwie zaprzyjaźnione pary powiększyły swoje rodziny o nowych potomków, inna para planuje ślub w wakacje, gdzieś w głębi leżą jeszcze urodzinowe życzenia. Pomijając tak oczywiste okazje jak święta, wakacje, urodziny, prawdziwy kartkowy wysyp ma zawsze miejsce przy narodzinach dziecka. Najpierw dumni rodzice wysyłają powiadomienia w postaci specjalnie zaprojektowanych kartek. Można w nich wyczytać dokładną datę i godzinę urodzenia, wybrane imię (a raczej imiona), wagę niemowlaka itp. Następnie pora na powiadomionych, by wysłali rodzicom kartkę z gratulacjami. Jeśli kiedykolwiek odwiedziliście dom, w którym ostatnio urodziło się dziecko, poza fantazyjnymi bocianami zastaniecie całą galerię kartek zajmujących całe parapery, półki czy nawet ściany ;) 
Przyjemna tradycja. Jednak to nie jedyne okazje, z powodu których można spodziewać się kartkowej lawiny. W każdym supermarkecie, sklepie z gazetami, w każdej Brunie czy Primerze znaleźć można ogromny wybór kartek okolicznościowych. Jakie okazje mamy zwykle do wyboru? Poczynając od klasycznych już urodzin, narodzin czy ślubu, poprzez subtelne kartki żałobne, z życzeniami powrotu do zdrowia, aż po zwariowane gratulacje ukończenia szkoły, zdania egzaminu na prawko, przeprowadzki, rozpoczęcia nowej pracy i inne bezokolicznościowe ;) I co najciekawsze, wszystkie te karteczki naprawdę się wysyła!

Źródło: http://www.boekhandelmuizelaar.nl
Przez ostatnie dwa i pół roku w Holandii zgromadziłam więcej kartek z życzeniami, niż przez poprzednie co najmniej siedem lat. A jak u Was sprawa wygląda? Kiedy ostatnio wysłaliście jakąć kartkę poza świątecznymi życzeniami? ;)

niedziela, 8 czerwca 2014

Ostrożnie z sąsiadami

Nie tak dawno temu czytałam świetny (jak zawsze zresztą) tekst Renaty z bloga "Wydaczeni", w którym autorka wspominała o swoich przejściach z holenderskimi sąsiadami ku przestrodze "Nie zadzieraj z sąsiadami". Pomyślałam sobie wtedy, że my to chyba wyjątkowe szczęście mamy w tej kwestii. Nie tylko mamy fajnych sąsiadów, z którymi plotkujemy przez balkon, ale też zapraszamy się nazwajem na różne domówki. Z tym z dołu i zza drugiej ściany mamy zmiejszy kontakt, ale narzekać na siebie nie możemy. Żyjemy w pokojowych relacjach. Ale, ale... przecież nasz budynek nie ogranicza się do czterech mieszkań.

Parę dni temu, pewnego pięknego poranka szykując się do pracy spotkała nas raczej nieprzyjemna niespodzianka. Po zejściu do garażu zastaliśmy nasz samochód z lekkim uszczerbkiem. Gumowa zaślepka przy oknie od strony kierowcy była wyrwana od strony dachu, mocno naciągnięta i zwisała sobie smętnie gdzieś w połowie okna. Szybko doszliśmy do wniosku, że ktoś próbował się w nocy włamać (dość nieudolnie). Nie było co dużo debatować nad problemem. Upchaliśmy trochę gumę, żeby nie wisiała tam i ruszyliśmy do pracy. Po drodze Mauryc wykonał kilka telefonów do odpowiednich organów i instytucji i przed pracą udał się do serwisu. 

W serwisie potwierdzili naszą teorię, że to próba włamania i to dość amatorski ich okiem. Oczywiście nie omieszkali wspomnieć o osiągnięciach naszych rodaków w zakresie kradzieży samochodów. Choć uwaga obraźliwa (ale też zapewne nie wyssana z palca), to swego rodzaju komplement: "Ci Polacy, to są mądrzy. Gdyby to oni próbowali się włamać, samochód już by zniknął. Oni wiedzą co robią". Cóż... niechlubna fucha, ale kolejny dowód, że jak my się za coś zabieramy, to robimy to profesjonalnie. 

Ale co mają do tego nasi sąsiedi, zapytacie. Do tej pory niewiele. Wróćmy zatem do historii. Z tymczasowo załatanym samochodem pomyśleliśmy, że lepiej nie ryzykować, że sprawca wróci dokończyć dzieła. Jako że nasz samochód stoi jako jeden z pierwszych od strony wjazdu, stanowi łatwy kąsek. Na tą jedną noc postanowiliśmy więc zaparkować bardziej w głębi parkingu. Wiele miejsc parkingowych w naszym budynku stoi zawsze pustych, więc założyliśmy, że nie wyrządzamy nikomu wielkiej szkody. Mimo wszystko zostawiliśmy jednak liścik za wycieraczką, z wyjaśnieniami. Tak na wszelki wypadek. 

Godzinę lub dwie późnie ktoś zadzwinił do drzwi. Trzech nieco starszych panów z miejsca zaczęło wrzeszczeć, kiedy Mauryc otworzył. Okazało się, że zaparkowaliśmy na miejscu jednego z nich. Rozumiem, że wrócił z pracy głodny i zirytował się taką niespodzianką, ale żeby odrazu taką nagonkę robić i awanturę na maksa? Dopiero, gdy przestał krzyczeć i dał Maurycowi dojść do głosu, ten wyjaśnił raz jeszcze nasze motywy. I nagle panu się głupio zrobiło, zaczął się tłumaczyć i pozwolił nam zostawić samochód na tą jedną noc na jego miejscu. 

Teraz pozwólcie, że nakreślę obraz nieco lepiej. Mieszkamy na obrzeżach dzielnicy, która jest znana z bardzo silnych relacji sąsiedzkich. Większość ludzi mieszka tu od lat i tworzy swego rodzaju własną społeczność. Każdy każdego zna, każdy wie co się w okolicy dzieje. Teraz dzielnicą zainteresowało się bardziej miasto i wybudowało kilka nowych budynków. Nowe mieszkania, nowi lokatorzy. Cała masa młodych par, takich jak my, wielu studentów... Kompletnie nowy narybek. I nagle nie ma tych silnych więzi. Każdy pracuje/studiuje, zajęty własnym życiem, nie zna wzystkich sąsiadów. I dla tych ludzi, którzy przyzwyczajeni są do pewne społecznej kontroli swojego podwórka jest to cios poniżej pasa. 

Wiadomość  o próbie włamania do samochodu zaparkowanego w garażu jeszcze bardziej rozwścieczyła panów. Kto to widział, że człowiek nie może się juz nawet we własnym domu czuć pewnie i bezpiecznie?! Tego samego wieczoru jeszcze chodzili w okół budynku, patrolując sytuację. To generalnie dobrzy ludzi, ale nie chcielibyście dać im broni palnej w dłonie.  To bardzo terytorialny typ i mogliby najpirw strzelać, potem pytać, jeśli ktoś ośmieli się naruszyć ich własność prywatną. 

Dziś rano znaleźliśmy karteczkę od nich za wycieraczką. Zasugerowali, żeby najpierw poinformowac właściciela danego miejsca, gdybyśmy w przyszłości jeszcze miel taką sytuację. W ten sposób zaoszczedzimy wszystkim niepotrzebnych nerwów. Dobra rada, szkoda tylko, że właściciela miejsca i tak nie było jeszcze w domu, a chodzić zmęczonym po pracy od mieszkania do mieszkania... Cóż, równie dobrze mogliby przeczytać naszą wiadomość i reagować mniej gwałtownie i agresywnie na taki "beczelny" czyn jak nasz. 

Po całej tej przygodzie jedno mogę z pewnością powiedzieć. Nie jest źle mieć takich terytorialnych sąsiadów, ale zdecydowalnie lepiej trzymać ich po swojej stronie. Zatem lecę piec ciasteczka na zgodę ;)

niedziela, 1 czerwca 2014

Powrót do przeszłości, czyli Polska lat 90-tych oczami Holendrów

Kiepskie drogi, piękne krajobrazy i natura, 1300 km i 375 bocianich gniazd. Takie wrażenia najbardziej rzucają mi się w oczy, czytając wspomnienia pewnej holenderskiej pary z ich rowerowych wakacji w Polsce. Ale zacznijmy od początku.


Tydzień temu, podczas rodzinnego weekendu wpadł mi w ręce pewien album. Nie przypadkowo, słyszałam o nim już rok temu i teraz jako dowód przedstawiono mi wszystko czarno na białym. W rodzinie teścia mamy kilkoro zapalonych rowerzystów, którzy uwielbiają spędzac wakacje pokonując setki-tysiące kilometrów jednośladami. Prawie 20 lat temu dwoje z nich wybrało się na taki aktywny urlop do Polski. Ich trasa rozpoczynała się w Warszawie, prowadziła pod wschodnią granicę do Białowieży, a następnie przez Mazury i zdłuż wybrzeża do Niemiec i spowrotem do Holandii. Wszystko pięknie spisane, opatrzone zdjęciami, widokówkami i paragonami. Bardzo byłam ciekawa ich wrażeń, więc w tym roku przywieźli ów album na spotkanie i pożyczyli mi na kilka dni. Co za lektura!



Z góry napomknę, że trasa ta szczególnie mnie ciekawiła, bo spora część tych terenó jest mi dobrze znana z dzieciństwa. Choć pochodzę z południa Polski, to jako mała dziewczynka spędzałam niemal każde wakacje na Podlasiu (a dokładniej w Hajnówce) u dziadków. Ponadto miło wspominam wyjazdy na Mazury i nad morze z rodzicami. Ach te gofry, kto tego nie pamięta! 



Ale wracając do naszych Holendrów. W ciągu dwóch tygodni pokonali 1300 km polskich dróg, dróżek i leśnych ścieżek. Jak odebrali Polskę lat 90-tych? Co ich zaskoczyło, co zachwyciło, co rozczarowało? Oto krótka lista rzeczy, o których udało mi się wyczytać:
  1. Drogi niestety w nie najlepszym stanie. Trzeba pamiętać, że jechali nie tylko po głównych drogach (gdzie pobocze rozczarowywało), ale również po małych, lokalnych drogach i leśnich ścieżkach. Co tu się czarować, w 1996 roku nasza infrastruktura pozostawiała wiele do życzenia. A już szczególnie pomiędzy podlaskimi wsiami i Puszczą Białowieską. 
  2. Niestety potwierdziły się stereotypy: w każdym miasteczku, przy każdym sklepie spotykali/widzieli pijanych lub przynajmniej podpitych mężczyzn. Niekoniecznie agresywnych, wręcz przeciwnie, często pomocnych i wskazujących drogę. Ale jednak na gazie. 
  3. Szczególnie na Podlasiu maleńkie wioski z małymi gospodarstwami rolnymi. Często widywali ludzi pracujących w polu, ale zaskoczyło ich, że konie było wciąż w częstym użyciu. Traktory nieco mniej. 
  4. Ilość bocianich gniazd rzucała się w oczy... na tyle w niezwykłej ilości, że zaczęli je liczyć. W każdej wsi przynajmniej parę bocianów. 
  5. Wszędzie w miastach spotykane monumentalne pomniki, tablice upamiętniające poległych w II Wojnie Światowej oraz cmentarze wojskowe. Cóż... Polska w przeciwieństwie do Holandii nie skapitulowała po kilku dniach i zawzięcie walczyła do końca. 
  6. Jedzenie generalnie smaczne. Szczególnie zasmakował im polski żurek, kefir, jogurty i chleb.  W turystycznych miejscowościach fast-foody dostępne na każdym kroku, ale niewiele klimatycznych kawiarenek. Porównujące polskie miasteczka z holenderskimi rzeczywiście rzuca się w oczy różnica w kwestii przytulnych knajpek. Tutaj każda wieś ma przynajmniej jedną fajną, atrakcyjną knajpkę, gdzie chce się usiąść na tarasie lub wewnątrz i wypić piwko/kawę. Ach ten urok bruin cafés. Chyba w Polsce nie mamy/mieliśmy takiej tradycji wychodzenia jak w Wiatrakowie. 
  7. Kempingi niestety rozczarowały naszych Holendrów. Szczególnie kiepskie zaplecze sanitarne. Ewidentnie liczyli na coś więcej niż spartańskie warunki i zimny prysznic ;) 
  8. Wybrzeże kojarzy im się z dwoma skrajnościami: wyludnionym terenem wojskowym lub zatłoczonymi plażami. A tam, gdzie już turyści, tam i liczne pola namiotowe oraz grupy dzieciaków na koloniach. Nie ma jak zaprzeczyć. Kolonie nad morzem, to było to!
  9. Większość poslkich domów nie wzbudziła zachwytu. Porównali je wręcz do pudełek z klocków. Wielkie, czworościenne bryły. Szczególną uwagę zwrócili na... przystanki autobusowe. A dokładniej mówiąc na ich różnorodność. Przystanki we wszelkich typach i rozmiarach. Jedne nowesze, inne stare i nieco rozwalające się. I wszystkie różne. 
  10. Polska ma wspaniałe, zróżnicowane krajobrazy. Ścieżki rekreacyjne prowadzą przez wspaniałe tereny pełne flory i fauny. Ale nie tylko łąki i lasy zachwycają. Również polskie miasta są pełne zieleni i przyjemnych parków, gdzie można odpocząć. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...