niedziela, 25 maja 2014

Kalendarium imprez - Nijmegen 2014

Lato zbliża się wielkimi krokami. Pierwsze wielkie wydarzenia sezonu mamy już za sobą. Najpierw pomarańczowa fala zalała Holandię świętując pierwszy w historii Dzień Króla, potem zrobiło się nieco poważniej i wszyscy zamilkli w chwilowej zadumie wspominając poległy podczas II Wojny Światowej. Dodenherdenking to chyba jedyne święto w Holandii obchodzone w takim duchu jak większość polskich uroczystości. Następnego dnia jednak robi się znów weselej świętując Dzień Wyzwolenia.

Sezon tak naprawdę się dopiero zaczyna. Przed nami jeszcze całe lato, moi Drodzy, a to oznacza wiele imprez. Co i kiedy będzie się w tym roku działo w Nijmegen? Kiedy warto się wybrać do najstarszego miasta w Holandii?

29 MAJA – HEMELSVAART

To co u nas w Polsce jest świętem religijnym, w Holandii jest kolejną okazją do zorganizowania imprezy. Jak w Nijmegen będzie się świętowało Wniebowstąpienie? Zapraszając różnych artystów i zmieniając jedną z ulic w centrum miasta w wielka imprezę. Jak co roku na Molenstraat można będzie spodziewać się koncertów zarówno na zewnątrz, jak i imprez w licznych knajpkach. Niestety przyznam, że lista muzyków nic mi nie mówi. Sprawdzcie sami ;)

31 MAJA - FORTAROCK / EMPORIUM

W ostatni dzień maja Nijmegen stanie się rajem dla wielu fanów muzyki i imprezowiczów. Tego samego dnia odbędą się dwie wielkie i bardzo od siebie różne imprezy. Pierwsza to Fortarock, must-be dla wszystkich fanów metalu i heavy rocka. Line-up składający się z 18 bardziej i mnie znanych zespołów będzie prezentować się na trzech scenach już od 12:00 w południe. Będzie można zobaczyć m.in. takie gwiazdy jak Slayer, Behemoth, Dimmu Borgir. Na zakończenie organizatorzy zaplanowali koncert Iron Maiden. Będzie czego słuchać, a park Goffert podejrzewam, że będzie pękał w szwach!

W tym samamy czasie w sąsiednim Wjichen odbędzie się dziesiąta edycja festiwalu Emporium. Impreza organizowana przez club Matrixx przyciąga miłośników muzyki elektronicznej. Tematem przewodnim jest Rzymskie Imperium, a gwiazdami wieczoru będą Otto Knows ze Szwecji oraz kanadyjski duet DVBBS. 

7-9 CZERWCA – MUSIC MEETING

Jedno z moich ulubionych wydarzeń. Jeden w wielu parków w Nijmegen (ściślej mówiąc park Bakkenstein) na jeden weekend zamienia się w festiwal muzyczny "Music Meeting".  Miłośnicy dobrych dźwięków i międzynarodowych relacji znajdą z pewnością coś dla siebie. Liczni artyści z różnych stron świata dają przez dwa dni koncerty. Stoiska z jedzeniem kuszą egzotycznymi potrawami i przekąskami. Ponad to porę straganików z ręcznie robioną biżuterią, ubraniami, dekoracjami... Prawdziwa rewia barw w stylu boho.


8-9 CZERWCA – PINKSTEREN

Co tu dużo kryć, głównym wydarzeniem podczas Zielonych Świątków jest wspomniany powyżej festival Music Meeting. Ale to jednak nie koniec atrakcji. W centrum miasta odbywać się bedzie specjalny market. Miłośnicy zakupów i ulicznych straganów na pewno docenią ;)

12-18 LIPCA – VIERDAAGSE

Największa wydarzenie roku w Nijmegen. Tysiące ludzi wypełniają ulice tego na codzień spokojnego miasta. Amatorzy pieszych wędrówek z całego świata maszerują przez cztery dni przez miasto oraz okoliczne wsie/miasteczka. W tym roku będziemy obchodzić 98. tego typu imprezę. Ochotnicy już dawno zgłosili chęć marszu i pobili rekord w ilości zgłoszeń. Pomyślcie tylko co się będzie działo za dwa lata, kiedy wypadnie setna rocznica. Może powinnam już zacząć trenować i również wziąć udział w tym niesamowitym wydarzeniu?
Obok Vierdaagse w tym samym czasie całe miasto ogarnia gorączka Zomerfeesten. Od południa do późnych godzin nocnych w centrum rozbrzmiewa muzyka na żywo, śmiech i zabawa. Sceny porozstawiane w każdym zakątku Starego Miasta oraz towarzyszące im bary, ogródki piwne i tarasy zapewniają rozrywkę tłumom imprezujących. Przez C A Ł Y tydzień. Coś takiego trzeba zobaczyć choćby raz w życiu.


15 SIERPNIA – NIJMEGEN ZINGT

Kto lubi śpiewać tego ucieszy ta impreza organizowana już od kilku lat. Wieczrem na Grote Markt w sercu Nijmegen rozbrzmiewać będą holenderskie klasyki oraz międzynarodowe serenady. Śpiewać każdy może, choć oczywiście pod nadzorem profesjonalistów. Przyjdź sam i zobacz jak Nijmegen śpiewa. 

30 SIERPNIA – WE LOVE THE 90’S

Kto nie lubi muzyki lat 90-tych? Sztywniaki jedne! Choć nie były to najlepsze jakościowo lata dla przemysłu muzycznego, to na imprezach sprawdza się znakomicie. Kiczowate boysband'y i wołające o pomstę do nieba Eurodance... Choć nie wiem jak tandetne by były, zawsze wywołują uśmiech (lub wręcz śmiech) i ciężko przy nich usiedzieć. W końcu to piosenki naszej młodości! Kto chciałby jeszcze raz usłyszeć 2 Unlimited, Gigi D'Agostino, Five, Dune albo Party Animals? Wpisujemy park Goffert do kalendarza na ostatnią sobotę wakacji!


6-7 WRZEŚNIA – SAMBAFESTIVAL

Kolejny festival obchodzący dziesiątą rocznicę. Warsztaty samby, pokazy tańca, wystepny. Gorące klimaty w sam raz na zokończenie letniego sezonu. 

17 WRZEŚNIA – BRUGGENLOOP


I na zakończenie polecam Wam jeszcze jedno sportowe wydarzenie. Marsz przez dwa mosty w Nijmegen. Coś dla amatorów ruchu i aktywnego wypoczynku. 

niedziela, 18 maja 2014

Oświecone Zwolle

Parę tygodni temu wybraliśmy się odwiedzić rodzinę w Zwolle. Uznaliśmy, że to także świetna okazja, żeby wybrać się na mały spacer po tym hanzeatyckim mieście. Ostatecznie tyle razy już tam byłam lub przejeżdżałam, a nigdy centrum nie widziałam. A jest co oglądać. 




Zwolle jak zresztą większość holenderskich miast nie jest szczególnie duże, ale bardzo urokliwe. Centrum zachowało nieco zamknięty charakter - od reszty miasta oddzielone jest kanałami. Dzięki temu z lotu ptaka wygląda jak wyspa. Tak też zresztą jest przez mieszkańców nazywane. Piękny kościół, zabytkowa zabudowa, kanały. Wszystko to wygląda pięknie, ale umówmy się, to niemal holenderski standard. 




Co więc wyróżnia Zwolle na tle innych miast? Co oryginalnego i niespotykanego można tam zobaczyć? Mi rzuciły się w oczy trzy atrakcje:
  1. Szklany anioł stojący na środku Grote Markt przed kościołem Grote of Michaëlskerk. Posąg wykonany z 350 warstw zielonego szkła przedstawia Archanioła Michała - patrona miasta. Dzieło stosunkowo młode, bo pojawiło się w mieście niespełna 4 lata temu. Moim skromnym zdaniem ciekawy element.




  2. Muzeum "De Fundatie". W tym neoklasycystyczny budynku mieścił się kiedyś Pałac Sprawiedliwości. Od latach 80-tych budynek zaczął przechodzić kolejne przebudowy. W 1994 z sądu przeobraził się w pełni w muzeum. Sam w sobie stanowi już ciekawą perełkę architektoniczną. Jednak w 2013 dobudowano na dachu dodatkową powierzchnię wystawową. I tu zrobiło się... hmm... dziwnie. Na mój gust dziwnie. Wręcz zbędnie, ale nie jestem żadnym znawcą sztuki czy architektury. Może się zwyczajnie nie znam, ale nowoczesna kopuła na dachu pasuje mi do reszty jak świnia do karety. Albo zegarek Casio do stroju epokowego. Oceńcie sami. 



  3. Ulica Sassenstraat. Historyczna ulica, przy której mieszczą się małe, autentyczne sklepiki, restauracje i małe przedsiębiorstwa. Ulica urokliwa, ale to co mnie urzekło najbardziej to... oświetlenie! W listopadzie zeszłego roku w ramach projektu Allicht oświetlono ulicę niezwykłymi sznurami wiszących lamp. 300 kolorowych abażurów rozciągniętych na całej długości ulicy! Już za dnia wzbudza ciekawość. Wyobraźcie sobie jak spektakularnie wygląda wieczorem. Albo jeszcze lepiej: zobaczcie na własne oczy! 









sobota, 10 maja 2014

Pruderia po holendersku

Znów zawrzało. Polska weszła do finału Eurowizji. Holandia zresztą też, ale bez wielkiego halo. Choć piosenka zaprezentowana przez Ilse deLange jest bardzo przyjemna, jakoś nie wróżę im zwycięstwa. Za spokojna, za mało show, brak tego czegoś wyjątkowego. Ktoś się nie zgadza? W mojej prywatnej opinii konkurs mniej ma wspólnego z dobrą muzyką, a więcej z przedstawieniem, które ma wywołać wielkie emocje. I tak oto w tym roku mamy dylemat: cycki czy kobieta z brodą?

Po cichu liczę, że żadne z tych dwóch. Polska sprawiła mi niezły dyletam. Z jednej strony się cieszę, że są w final. Z drugiej strony... no cóż, nie okłamujmy się, że nie jest to piosenka wysokich lotów. Do tego utrwala głupie stereotypy. Wiem, wiem, to tylko parodia, ale spójrzmy prawdzie w oczy: większość widzów albo dobrowolnie zapomniała albo wogóle tego komentarza nie usłyszała. I efekt jaki jest, każdy sam widzi. Holenderska gazeta "De Telegraaf" określiła wręcz polski występ jako "peepshow". 


I się zaczęło. Jedni urażeni, oburzeni, inni się zgadzają, a jeszcze inni się w ogóle nie wypowiadają. Ktoś z urażonych tymże tytułem, odwołał się do słynnych holenderskich czerwonych dzielnic. Bo w końcu kto jak kto, ale Holendrzy nie powinni nagle robić z siebie takich pruderyjnych po obejrzeniu na scenie Polki z głębokim dekoltem. Trochę to daleko idące porównanie. Zostawmy może zatem legalną prostytucję i wszystkie amsterdamskie sex shopy w spokoju. W codziennym życiu każdy człowiek ma własne wartości i nie każdy Holender przecież jest erotomanem. Skupmy się na tym od czego zaczęliśmy: na srebrnym ekranie.

Ta cała wrzawa w okół jednego biustu przypomniała mi o pewnym nowym reality show wyemitowanym ten wiosny w Wiatrakowie. Najpopularniejszy w tym kraju program "Boer zoekt vrouw" dorobił się odpowiednika dla... naturystów. Nowy program "Adam zoekt Eva" rozgrywa się na tropikalnej bezludnej wyspie, gdzie dwoje singli ma się poznać. Żeby utrudnić sprawę, po jednym czy paru dniach przybywa jeszcze jeden towarzysz lub towarzyszka. Niby nic w tym nadzwyczajnego, co? I tu najlepsze: uczestnicy programu przez cały czas pobytu na wyspie są kompletnie... nadzy! 


Kiedy pierwszy raz o programie usłyszałam spodziewałam się, że ujęcia będą względnie subtelne lub niby zza krzaka, nieodsłaniając wszystkich tajemnic. Ależ skąd! Wszystko widać pięknie jak na dłoni. Prawdziwa lekcja anatomii. Doprawdy dziwaczne wrażenie obejrzeć taki program. Ze względu na ogromną ilość nagości zakładałam, że reality show pokazywany będzie w raczej późnych godzinach. I tu kolejna niespodzianka: emitowany był w godzinach największej oglądalności, tuż po 20:00. I gdzie ta cała pruderia?

Czy teraz kamera zaglądająca w głęboki dekolt nadal wydaje się taka gorsząca? ;)

piątek, 2 maja 2014

Wieści z drogi

Ostatnimi czasy moja blogowa aktywność jakoś zmalała, ale od paru tygodni niemal woła o pomstę do nieba. Wiem, wiem... jak długo mogę się jeszcze pracą wykręcać! Ale smutna prawda jest taka, że poza Dniem Króla, to w ostatnim miesiącu nie wiele się działo. Dni upływają mi na radosnym stukaniu w klawiaturę niczym w transie i jeszcze radośniejszych żartach z kolegami. Sporo nauczyłam się o europejskich kolejach i dalekobieżnych pociągach. Jeszcze więcej o holenderskich autostradach ;)

Codzienne obserwacje z drogi między Nijmegen a Utrechtem nieco zmieniły mój sposób spostrzegania tego kraju. Rowery i ścieżki rowerowe ustąpiły miejsca samochodom i autostradom. Dzięki Bogu, że Holendrzy prowadzą nieco lepiej niż jeżdżą na rowerach. W przeciwnym razie mielibyśmy tu istne Indie na drogach. Nie żebym twierdziła, że nie potrafią poruszać się na jednośladach... potrafią, potrafią. Tylke że czyją się do tego stopnia pewnie, że jeżdżą jak szaleni myśląć, że ścieżka do nich należy. Choć i na drogach tacy kierowcy się znajdą... Ale, żeby nie było zbyt pięknie, korki stanowią codzienny element naszej podróży.


Korki w Holandii... temat rzeka. Chyba każdy o nich słyszał, chyba każdy widział. Ja ostatnio doświadczając ich regularnie nauczyłam się pewnych zasad jakimi się rządzą. Nie licząc wypadków, korki pojawiają się głównie przy miastach i zjazdach z autostrady. Co jednak ciekawe, kończą się niespodziewanie bez wyraźnych oznak. Człowiek spodziewa się zobaczyć jakąś przyczynę, która by torowała płynny ruch, a tu ni z tego ni z owego korek rozpływa się w powietrzu. A raczej na jezdni. Ponoć prowadzi się nawet badania naukowe na temat spookfiles (czyli korków-duchów) pomiędzy Eindhoven i Bredą. Około 40% korków na tej trasie autostrady A58 to właśnie takie "duszki". 

Na szczęście tamta trasa nas nie dotyczy. Regularnie natomiast stoimy w okolicy Tiel. Nieco to irytujące, bo choć stacje radiowe zawsze informują kierowców o lokalizacji i długości zatorów, o tym nigdy nie wspominają. Myślałam z początku, że ignoranci z Randstad nie zwracają szczególnej uwagi na to co dzieje się poza tym obszarem. Pewnego razu dopiero zrozumiałam, że o standardowych , codziennych korkach nawet już nie wspominają, chyba że ich rozmiar wyraźnie się wydłuża. 

Poranne korki w Holandii
Ostatni tydzień był dla nas niemal jak marzenie. Żadnego stanie rano w drodze do pracy. Przyjemny płynny przejazd, przez śluzy i zwężenia drogi. Wszystko za sprawą meivakantie, które właśnie wypadają w Utrechcie i Nijmegen. Szkolne wakacje to świetny moment na wzięcie urlopu, szczególnie jeśli ma się dzieci. Dzięki temu ruch na drogach był odczuwalnie mniejszy. Wniosek: najlepiej pracować wtedy, kiedy inni wypoczywają ;) 


Niestety to co dobre szybko się kończy. Od poniedziałku zatem znów prawdopodobnie utkniemy w korkach. A ja będę miała więcej czasu na podziwiania wspaniałych holenderskich krajobrazów: stada pasących się krów i owiec na bezkresnej, ultrapłaskiej zielonej powierzchni. Od czasu do czasu przeciętej autostradą. Można spowrotem zasnąć od takich ekscytujących widoków ;)

sobota, 26 kwietnia 2014

Jak świętować Dzień Króla? Szybki zestaw must-have.

I znów nadszedł ten dzień w roku, kiedy całą Holandię zalewa pomarańczowa fala. Rozbawiony tłum wypełnia ulice miast w całym kraju, parki zmieniają się w ogromne pchle targi i wszystkim udziela się ogólna wesołość. Tak, tak... to właśnie Dzień Króla. 


Choć mieszkam w Holandii niecałe trzy lata, to nawet dla mnie ta nazwa jakoś dziwmnie brzmi... Przez całe dekady świętowało się w Wiatrakowie Dzień Królowej, a tu w tym roku taka zamiana. I to parę dni wcześniej niż do tej pory zawsze było. A wszystko przez zeszłoroczną abdykację Beatrix i wstąpienie na tron Willema-Alexandra. No to się nam porobiło. Pierwszy król od ponad wieku i pierwszy Dzień Króla w historii. 

Jak tu właściwie świętować takie okazje? Każdy ma swój sposób. Jedni przepijają hektolitry piwa na ulicach lub kanałach Amsterdamu, inni bawią się w mniejszym gronie lub wyprzedają swoje rupiecie, a jeszcze inni w ogólne nie świętują. Wolny kraj w końcu i nie każdy jest entuzjastą Królewskiej Rodziny. A jak ja świętuję? Przez te ostatnie kilka lat wyrobiłam sobie małe tradycje, bez których nie ma dla mnie Dnia Królowej/Króla. Oto przed Wami moja prywatna lista "królewskiego" must-do i must-have.

Zestaw obowiązkowy na Koningsdag:
  1. Pomarańczowa garderoba. Wszystko jedno co by to było: wściekle pomarańczowa koszulka, kapelusz, szalik, boa z piórek... Wybór jest ogromny. Tuż przed tym dniem wszystkie sklepy oferują przeróżne ubrania i akcesoria. Co dusza zapragnie. Może by tak nadmuchiwaną koronę?? Póki w naszym outficie pojawia się ta szalona barwa, jesteśmy w pełni gotowi do świętowania. 



  2. Imprezowanie, imprezowaniem, tutaj ku temu zawsze się powód znajdzie. A że nie przepadam za staniem w ścisku z piwem w dłoni, chętniej spędzam "królewskie" przedpołudnie buszując po vrijmarkt. Skąd i kiedy się dokładnie ta tradycja narodziła nie wiem, ale co roku w ten wyjątkowy dzień tysiące Holendrów wystawia przed domem lub w parku niepotrzebne im "skarby" i wyprzedaje za groszowe kwoty. Taki pchli targ w parku Goffert w Nijmegen zajmuje olbrzymią powierzchnię, przyciąga ogromne tłumy i pozwala się nieźle obkupić. Dla mnie to coroczne must-be.




  3. Od takiego plątania się godzinami między straganami i przeróżnymi gratami, może człowiek zgłodnieć. Trzeba się czymś pysznym i najlepiej niezdrowym posilić. Tego typu okazje mają to do siebie, że przyciągają kramy z festiwalowym jedzeniem i fast-foodami. Mój standardowy już zestaw to poffertjes i Unox broodje. Oczywiście nie na raz ;) Te mini naleśniczki z masłem i cukrem pudrem oraz hot-dog w mini bagietce to smakołyki, którymi raczę się praktycznie tylko raz w roku. No może się czasem zdarzy w czasie Vierdaagse. 



  4. A skoro już o jedzeniu mowa... po powrocie do domu osłodzić sobie życie należy kawałkiem tompouce z pomarańczowym lukrem. To iście Koningsdag klasyk! Choć brzmi tajemniczo, to tak naprawdę nasza stara, dobra kremówka. Tyle że z okrutnie słodkim i lepiącym się lukrem na wierzchu. 


  5. Bez względu na to gdzie i jak postanowimy spędzić ten dzień, jedno musimy pamiętać. Czas najlepiej mija w dobrym towarzystwie. Dlatego spotkanie ze znajomymi i relaks czy to na trawniku w parku, czy na balkonie, czy w piwnym ogródku to gwarancja udanego Dnia Króla. 
A Wy jak spędzacie ten dzień? Macie swoje własne tradycje? 

środa, 16 kwietnia 2014

Wielkanocne-świeckie tradycje Holendrów

- A co właściwie robicie w Wielkanoc?? - zapytała jedna z koleżanek w pracy.
- Jemy... - padło w odpowiedzi, po czym wszyscy pokiwali zgodnie głowami. 

I to wszystko co młodzi Holendrzy mieli do powiedzenia na temat świętowania Wielkanocy. Oczywiście spędzą ten czas z rodzinami, jedząc różne smakołyki. Tradycyjne dania? Obawiam się, że w przypadku tych świąt nie istnieje coś takiego w tym kraju. Jak zatem w Wiatrakowie spędza się te święta? 

Choć nie ma tutaj tradycji święcenia pokarmów, to jednak barwienie jajek jest wszystkim znane. W supermarketach można nawet kupić gotowce, czyli paletę jajek w soczystych kolorach. Wersja dla leniwych ;) Ja tam wolę spędzić wieczór nad słoikami z farbą i zapachem octu... taka moja mała świecka tradycja. Ostatnio wyczytałam nawet w jakiejś gazetce o tradycji stukania się jajkiem. Wygląda jednak, że nie jest to już tak znany i rozpowszechniony zwyczaj, jak w Polsce. Teść potwierdził, że pamięta z dzieciństwa na wsi takie tradycje. Dla młodszego pokolenia jest to jednak często mało znany mit. Ciężko się w sumie dziwić, skoro świąteczne śniadanie nie jest tak celebrowane jak w Polsce.

Paashaas, czyli Zajączek Wielkanocny. Każde święta mają swojego dobrodzieja roznoszącego upominki... w zimie Sinterklaas & Zwarte Piet, wiosną Paashaas ;)
Moja zeszłoroczna wielkanocna propaganda szerzenia polskich zwyczajów spotkała się najpierw z lekkim zdziwieniem ("Dlaczego śniadanie, a nie lunch lub obiad??"), ale potem została odebrana całkiem entuzjastycznie. W tym roku rodzina Mauryca sama się zaczęła dopytywać, czy w tym roku będzie powtórka. Tak będzie... Świąteczny brunch. Żeby wyjść im na przeciw, bo o porannych godzinach mogę zapomnieć. Skoro w tej rodzinie nikt nie idzie na Rezurekcję (o ile w ogóle wiedzą co to jest), ciężko oczekiwać, że zerwą się skoro świt, żeby wpaść do nas na rodzinne śniadanie. Ehh poganie... ;) 

Z tego przydługawego wstępu mogłoby wynikać, że Holendrzy praktycznie nie mają żadnych świątecznych zwyczajów. Ojj nie prawda! Jak do tej pory udało mi się zaobserwować trzy świeckie tradycje:
  1. Podobnie jak Boże Narodzenie, Wielkanoc również jest sezonem na gourmet (w innych krajach bardziej znane jako raclette). Elektryczny grill z kamienną lub metalową płytą grzewczą na środku stołu, mnóstwo małych kawałków przeróżnego mięsiwa, kilka warzywek, sosy, bagietka, wino i godzinne rozmowy podczas przygotowywania własnych mini porcji. Supermarkety już oferują całą gamę przeróżnych składników, gotowych już, żeby wrzucić na grill. 


  2. Dla holenderskich dzieci szczególną atrakcją w Wielkanoc jest polowanie na jajka! Rodzice wcześniej ukrywają w ogrodzie (tudzież w parku) jajeczka (najlepiej czekoladowe), żeby następnie ich pociechy mogły urządzić sobie poszukiwania. Zabawa te była mi wcześniej znana już z zachodnich (głównie amerykańskich) filmów, więc wielkiego zaskoczenia nie ma. Jednak sam pomysł sami przyznacie, że wydaje się przyjemny. 


  3. Podczas gdy w Polsce w drugi dzień Świąt wszyscy oblewają się wodą, Holendrzy masowo ruszają do lokalnej mekki... meblowej! W świąteczny poniedziałek większość woonboulevard, kompleksów handlowych sprzedających meble i wyposażenia wnętrz, jest otwarta i właśnie wtedy wiele osób planuje remonty, zakupy, rearanżacje mieszkań. Co kraj to obyczaj ;)
A Wy jak będzieci spędzać Święta w tym roku? Znacie może jakieś holenderskie zwyczaje związane obchodzeniemWielkanocy?

środa, 2 kwietnia 2014

Nie szukaj sobie wymówek, czyli jak znalazłam pracę

Stoimy na lotnisku przy bramkach, czekając na swój lot. Z konsternacją obserwujemy tłum ustawiający się w kolejce... Przecież każdy ma miejsce przypisane, to nie Ryanair, po co stać... Z tych jakże ambitnych przemyśleć wyrywa mnie nagle telefon.
- Cześć Justyna, chciałabym cię zaprosić do mojego zespołu w nowym dziale rezerwacji - słyszę w słuchawce.
Mauryc widzi jak twarz mi się rozjaśnia, uśmiech się rozszerza. Zaczyna pytająco kiwać do mnie głową. Ja  w odpowiedzi kiwam entuzjastycznie jak szalona. Mauryc czeka, aż skończę rozmawiać, po czym wstaje i otwiera szeroko ramiona. Już wie co się stało i że zaraz zacznę z radości skakać. I dokładnie tak robię. Właśnie dostałam nową pracę!

A jak to się właściwie stało? Szukałam w końcu dość długo. Znalezienie tej właściwej, satysfakcjonującej posady może się okazać nie lada wyzwaniem. A już szczególnie, jeśli jest się obcokrajowcem konkurującym z miejscowymi. Na ogół trzeba się czymś więcej wykazać, żeby się przebić. Dlatego po skończeniu NT2, zaczęłam kolejne kursy, żeby podnieść kwalifikacje. 

Długotrwałe rozsyłanie CV i odrzucanie potrafi nieźle demotywować. Z czasem zaczęłam coraz bardziej krytycznie czytać ogłoszenia i coraz wybredniej wybierać firmy. Wybrednie dlatego, że każde wysłane CV chciałam, żeby miało bardzo realistyczne szanse. Optymizm malał, kryteria rosły, a wymówki zaczęły się pojawiać. "Nie mam wystarczająco doświadczenia", "Mój holenderski jest za słaby", "Inne studia skończyłam...." i tak dalej. 

Na dwa tygodnie przed naszym wyjazdem rzuciło mi się w oczy ogłoszenie firmy, która bardzo mi się podobała już od dawna i którą obserwowałam na LinkedIn (portal obowiązkowy dla każdego poszukującego pracy). Posada brzmiała idealnie. Doskonale wpisująca się w mój profil. Pierwszy entuzjazm przyciszyły pierwsze wymówki: "Teraz będę składać podanie? Tuż przed miesięcznymi wakacjami?? Bez sensu... cały etap rekrutacji pewnie przypadnie na okres mojej nieobecności". Wątpliwości zaczęło kręcić się po mojej głowie. Musiałam jednak podzielić się znaleziskiem z Maurycem. I dzięki Bogu. 

Moja wspaniale wspierająca połowica kazała mi się nawet nie wygłupiać, siadać do laptopa i list motywacyjny pisać. Takiej okazji puścić mimochodem nie można. Choćby mnie nawet w kraju miało nie być, to spróbować trzeba. List napisałam, Mauryc przejrzał, przeanalizował i wysłałam. Odpowiedź przyszła ekspresowo, szybka korespondencja odnośnie mojej dostępności i dzień przed wylotem rozmowa kwalifikacyjna. 

I dostałam! W firmie, o której marzyłam. W nowym dziale ze świeżutkim zespołem. W międzynarodowym środowisku i branży, którą studiowałam. A tak mało brakowało, żeby przeszło mi to koło nosa. Także moi drodzy, wyciągnijmy wnioski i wymówek żadnych sobie nie wyszukiwać. Tylko ryzykować ;)

czwartek, 27 marca 2014

Jak smakuje Tajlandia?

Uwaga, będzie o jedzieniu. Czyli mój ulubiony temat. Bo czymże są podróże bez lokalnych potraw, przysmaków, egzotycznych aromatów i nowych doznań smakowych. Od kiedy wróciliśmy jest to jedno z najczęście zadawanych mi przez znajomych i rodzinę pytań: "A co ci się najbardziej podobało? A co ciekawego jedliście? A nie miałaś problemów żołądkowych??". I jak tu zwięźle odpowiedzieć, jak dla mnie jedzenie, to temat rzeka...


Smażonych szczurów nie jadłam. Ani pająków, chrząszczy, koników polnych, czy jaszczurek. Mało tego, nawet ich nigdzie nie widziałam. No prawie nigdzie... Jedynie na Khao San Road, ale to było kompletnie pod turystów. Za 10 bahtów można było NAWET zdjęcie zrobić. Podziękuję i podelektuję się wielkimi krewetkami, szaszłyczkami lub jeszcze lepiej, naleśnikami z bananami. Od tych ostatnich to się wręcz uzależniłam i w ramach odwyku musieliśmy jak najszybciej uciekać z Bangkoku. Choć to uliczne jedzenie... ach, pyszności. 

Skorpionika na patyku?...
Plastikowe stołeczki i miseczki: są. Zestaw przepraw w stylu "ostry", "trochę ostry" i "cholernie ostry": jest. Pałeczki, butelka coli: są. Kilku lokalsów nad miskami ryżu: jest. Zatem jest to dobre miejsce na lunch lub obiad ;)

Naleśniki z bananami i skondensowanym mleczkiem...  pyszności

Jedzenie w jednorazówce? Czemu nie! ;)
Gdzie zatem jadaliśmy? Gdzie popadło. Przy ulicznych garkuchniach, w hostelowych restauracyjkach, małych tajskich jadłodajniach, kawiarniach. Nasza stopa nie przekroczyła progu tylko zachodnich sieciówek jak McDonald's, Burger King czy Starbucks. Co nie znaczy, że od czasu do czasu nie skusiliśmy się na burgera, steka czy porcję frytek. Umówmy się, nawet w domu nie jadamy w kółko tej samej kuchni, różnorodność jest jak najbardziej pożądana. Kierowaliśmy się jedynie zasadą: tam gdzie siedzą lokalsi i bez much latających w koło kuchni. I nigdy się nie zawiedliśmy. Problemy żołądkowe dopadły nas tylko raz... kiedy skusiliśmy się na bufet w resorcie! Kolejny dowód, żeby trzymać się z dala od resortów ;)

I jak się do takiej ryby zabrać?? 
Sangsom bucket, czyli whiskey z colą i redbullem z wiaderka. Paskudne, ale trzeba spróbować choć raz w życiu

Nasz absolutny faworyt, Som tam - sałatka z zielonej papai
Niektóre miejsca, do których trafiliśmy były wręcz surrealistyczne. Jak pewna maleńka restauracyjna na Ko Phangan. Z zewnątrz wyglądała jak nędzna szopa. Od środka nie wiele lepiej. Udało nam się dostać ostatni wolny stolik, gdzieś w głębi. Obok nas piętrzyła się fura gratów, pod stołem stał stary telewizor, a personel ledwo mówił po angielsku. Jedynie pojedyncze słowa. Jednak ludzie ustawiali się w kolejce, czekając na wolny stolik. Podczas gdy tuż obok całkiem sensownie wyglądająca restauracyjka stała pusta i aż się nam żal robiło stojącej tam, zrezygnowanej kelnerki. Kiedy nasze zamówienie wjechało na stolik, zrozumieliśmy skąd ten szał. Jedzenie było pyszne! Świeżutkie kraby smażone z chili i liśćmi bazylii. Zatem jeśli traficie kiedyś na Ko Phangan, nie zapomnijcie odwiedzić "Kuchni Mamy Pooh" :) 

Cała fura kalmarów. Opalają się w wiosce rybackiej
Młody kokos to moje kolejne uzależnienie
Wracając do poprzedniej historii o holendersko-tajskim muzeum: przysympatyczna tajska para spotkana przy obrazie Rembrandta nie tylko nas podwiozła. Zaoferowali nam wyprawę na pływający targ. Targ okazał się jednak zupełnie inny, niż go sobie wyobrażałam. Żadnych łodzi, z których sprzedawanoby smakołyki. Zamiast tego cała masa restauracyjek i sklepików wijących się w koło uroczego stawu. Jak się okazało jest to bardzo popularna wśród Tajów atrakcja turystyczna i... franczyza! Dziesiątki takich targów powstaje w Tajlandii, niczym parki rozrywki. Dla bardziej autentycznych doznań Attapol i Jo zabrali nas na obiad. Daleko poza miastem, przy buddyjskiej świątyni mieściła się niezwykła restauracja. Wielkie drewniane stoły, plastikowe talerze i widok na rzekę. Z prosto z rzeki na ogień trafiały olbrzymie rzeczne krewetki! I równie duże ryby. Byliśmy kompletnie zdani na naszych towarzyszy, bo obsługa nie mówiła ani słowa po angielsku. Posiłek jednak był wyśmienity. I baaardzo pikantny. Warto czasem nie mieć planów i spontanicznie przyłączyć się do tubylców. Podejrzewam, że w tamtym miejscu rzadko widują farang, czyli blade twarze ;) 


Nie, to nie włosy wystające z zielonego naleśnika. To wata cukrowa. A ta przedziwna kombinacja to specjalność miasta Ayutthaya
Choć w domu prawie w ogóle nie pijam, w tropikach zimna cola smakuje wybornie
Wisienką na torcie tych kulinarnych doznań był dla mnie kurs gotowania, na który zdecydowałam się jednego popołudnia. Cuda jakie wyczarowałam przeszły moje oczekiwania, a bawiłam się przy tym wyśmienicie. Nawet Mauryc w pewnym momencie żałował, że nie zdecydował się wziąć aktywnego udziału, tylko pasożytował na tym, co ugotowałam. 


Sticky rice & mango

Ok przyznaję się... Choć tajskie jedzenie jest przepyszne, czasem marzyła mi się zwykła kanapka lub burrito. Ale nie posunęliśmy się tak daleko, żeby sięgnąć po... bitterballen. Co jak się okazało nie było nawet aż tak trudne do znalezienia. Tu i ówdzie napotykaliśmy knajpki z holenderskimi "specjałami". Jednak nic nas tak nie powaliło na kolana jak "The Old Dutch Corner Restaurant" na końcu ulicy Soi Cowboy. Najbardziej znanej w Bongkoku ulicy słynącej z night club'ów z półnagimi Tajkami. Istna Sodoma i Gomora, epicentrum prostytucji w stolicy Tajlandii. I właśnie tam Holendrzy najwyraźnie czuli się najwygodniej ;) 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...