poniedziałek, 16 maja 2016

Interrailing 2015: Eze

Trzeci dzień naszego pobytu na Lazurowym Wybrzeżu. Leżenie plackiemna plaży do nas nie przemawia, więc zamiast szwędać się po uliczkach Nicei, ruszamy na dworzec kolejowy. Pod drodze kupujemy zapas wody, wcinamy na ulicy pain au chocolat na śniadanie i wskakujemy do pociągu w kierunku Monako.



Interrailing 2015 "Czarująca Francja" - etap lazurowy, część II:

Mniej więcej w połowie drogi opuszczamy odziany w koszulki polo i wielgachne zegarki tłum i wysiadamy na stacji Èze Sur Mer. Już po paru krokach naszym oczom ukzauje się pierwsza tabliczka wskazująca kierunek naszej trasy: "Nietzche Path". Szlak Nietzche'go to kamienna ścieżka prowadząca z nadmorskiej części Èze do średniowiecznej wioski o tej samej nazwie, mieszczącej się na stromym zboczu ponad 400 metrów wyżej. Szlak swoją nazwę zawszęcza słynnemu niemieckiemu filozofofi, który ponoć bardzo upodobał sobie ten skrawek Francuskiej Riwiery i często spacerował tędy podczas swojego pobytu na południu Francji. 




Tabliczka na samym początku szlaku informuje, że pokonanie trasy średnio zabiera godzinę. Zmotywowani ruszamy w drogę myśląc, że z pewnością wspinaczka zajie nam mniej czasu. W końcu jak na razie droga, choć dość stroma sunie gładko. Betonowa wylewka zamieniła się w szerokie kamienne  stopnie. Luzik bluzik. Po drodze spotykamy innych wędrowców, nieco starszą parę oraz troje pełnych energi ludzi w naszym wieku wraz z pełnym entuzjazmu psem. Starsza para została nieco w tyle, a "pogoń"  za trójką i psem nadaje nam tempa. Względnie szybko jednak okazuje się, że nasza kondycja nie jest aż tak dobra i prażące słońce daje się we znaki. Rezygnujemy z wyścigu... zwalniamy tempa robiąc krótkie postoje tu i tak, żeby napić się wody i zrobić parę zdjęć. Widok już stąd jest spektakularny! 




W połowie drogi znów spotykamy energiczną trójkę lokalsów, którzy wyraźnie orzeźwieni wracają na szlak z boczej ścieżki. Dzielą się wskazówką... parę metrów za nimi znajduje się mały wodospad i źródełko. W sam raz, żeby się odrobinę ochłodzić i zmyć lejący się już pot. Oczywiście korzystamy z tej rade i po paru minutach wracamu na szlak jak nowonarodzeni.


Kamienne schody przekształciły się już dawno za nami w żwirowo-kamienną ścieżkę. Przez jakiś czas ciągnęła się dość płasko, ale już zaczęła znów piąć się ku górze i zawijać niczym serpentyna. Zmęczenie upałem zaczyna dawać się coraz bardziej we znaki, ale przecież nie możemy być już daleko. Jeszcze parę metrów. W końcu, spośród drzew wyłania się... parking! Pełen wypoczętych turystów w sandałkach. Znowu nie wpisujemy się w tłum z naszymi Nike, placakami i przepoconymi koszulkami. Ale kto by się tam przejmował. Podczas, gdy oni wygodnie siedzili w klimatyzowanych autokarach wwożących ich pod same wrote starego Èze, my w pocie czoła i palącym słońcu pokonaliśmy legendarny szlak. Niczym bohaterowie przekraczamy średniowieczne mury miasteczka. 








Stare Èze jest niezwykle pełne uroku. Wąskie brukowane uliczki kręcą się pomiędzy kamiennymi budynkami niczym XIV-wieczny labirynt. W drzwiach i bramach widzimy cenniki kolejnych hoteli i restauracji. Jedno jest pewne, Èze nie jest dla wszystkich. W każdym razie nei po zmroku. Cena jednego noclegu tutaj spokojnie pokrywa nasz budżet na parę dni! Zmęczeni i spragnieni siadamy jednak przy jednym ze stolików, żeby zamówić zimne napoje. Wesoła sympatyczna starsza pani obsługująca stoliki gdzieś zniknęła po wskazaniu nam miejsc, ale na jej miejsce pojawił się nabuszony kelner w średnim wieku. Wygląda jakby nigdy nie słyszał o pojęciu "uśmiech". Zamawiamy nasze napoje, a on dalej wymownie czeka. 
- To wszystko. Dziękujemy. 
- A jedzenie?? 
- Nie dziękuję, nie jesteśmy głodni. 
- Ależ to jest restauracja! - wybuchnął nagle, jakbyśmy właśnie obrazili jego "królewski" majestat. 
- Taaak... ale my chcemy tylko coś do picia. Nie bój się.. nie będziemy długo zajmować tego drogocennego stolika - odpowiedział Mauryc. 
Kelner wielce oburzony odszedł się poskarżyć koleżance, która nas usadowiła. Chwilkę później, sympatyczna pani wróciłą z naszymi szklankami i klepnęła Mauryca po ramieniu ścierką śmiejąc się "To nie jest bar!..." Ewidentnie ona miała większy dystans do siebie i pracy, ani nie widziała dużego problemu w naszym zamówieniu. Na szczęście gburowaty kelner był jedynym przykładem osławionej francuskiej arogancji i wyższości, z jakim się spotkaliśmy w czasie wakacji. Już wiemy, skąd się wziął ten dziwny stereotyp. 







Pospacerowaliśmy jeszcze chwilę po miasteczku mijając się z rzeszą turystów. Choć Èze samo w sobie jest piękne, tak widok na morze jest skrzętnie strzeżony. Wstęp do ogrodu, z którego rozciąga się najlepsza panorama jest płatny, a my... no cóż. Odmawiamy płacić za niektóre atrakcje. Pooglądamy sobie jeszcze morze w drodze powrotnej ze ścieżki parę metrów poniżej. 








Cała ta wyprawa i wspinaczka w obie strony nieco nas zmęczyłą, a ceny w Èze Village szybko nas przepędziły. U stóp zbocza w Èze Sur Mer, zatrzymaliśmy się w knajpce ze wspaniałym zielonym ogrodem na przepyszne świeżo wyciskane soki owoceowe oraz znakomity pan bagnat - specjolności regionu, będąca ucieleśnienie słynnej sałatki nicejskiej w formie kanapki. Niebo w gębie, raj na ziemi!

sobota, 30 kwietnia 2016

Interrailing 2015: Nicea

Niby koniec kwietnia, a za oknem temperatury jak w lutym. Mam jednak nadzieję, że prawdziwa wiosna w końcu nadejdzie. Póki co, gdy temperatura bardzo nie zachęca do wyjść, watro pomyśleć o wakacyjnych planach! Wraz z Maurycem planujemy naszą kolejną podróż, ale do wyjazdu jeszcze daleko. Dlatego postanowiłam wrócić na chwilę do wspomnień z naszych zeszłorocznych wakacji. 

Widok z Colline du Chateux na nicejskie wybrzeże
Interrailing 2015 "Czarująca Francja" - etap lazurowy, część I:

Pociąg od włosko-francuskiej granicy toczy się spokojnie i miarowo, z okna widać lazur morza wyłaniający się zza drzew i kolejnych skał. Zbliżamy się do tętniącego życiem miasta, przed którym morze usiane jest gęsto jachtami. Głos z głośników oświadcza: Monako - Monte Carlo. Tłum odziany w koszulki polo i markowe zegarki opuszcza pociąg i nagle robi się znacznie więcej miejsca. My zostajemy. Ten cały przepych i luksus to nie nasze klimaty. Jedziemy dalej do Nicei. 




Z niewielkiego dworca ruszamy na poszukiwania naszego małego hoteliku Lepante (6 Rue de Lepante), mniej więcej w połowie drogi do Vieux Nice, starego miasta. Lokalizacja całkiem niezła, pokój dwuosobowy na poddaszu uroczy, a ulica dość cicha. Szybko odświeżamy się po podróży i idziemy do centrum. Krótki spacerek et voila! Zapuszczamy się w wąskie uliczki wypełnione sklepikami, kawiarenkami, restauracjami. Zatrzymujemy się na kawkę, potem gdzie indziej na drinka. Słońce powoli zaczyna zachodzić i pora pomyśleć o kolecji. Ceny na starym mieście jednak odstraszają nas i spychają w kierunku naszego hoteliku. I bardzo dobrze. Jak się okazuję, tuż za rogiem mamy usianą restauracyjkami ulicę Rue Biscarra. Okolica zdecydowanie bardziej na naszą kieszeń. Najwyraźniej mamy szczęście... znaleźliśmy wolny stolik! Jak się jednak okazuje, trochę jesteśmy za wcześnie. Kuchnia w Vin sur vin (18 Bis Rue Biscarra) oficjalnie jeszcze nie otwarta. No tak... na południu jada się dość późno. Zamawiamy zatem karafkę różowego wina (specjalność regionu) i spokojnie czekamy na właściwą porę, żeby zacząć posiłek.


Słynne mydełka, nie tylko lawendowe
Lawenda, wszędzie lawenda w każdej postaci
Elegancja Francja... niektóre butiki zachwycają już z ulicy
Następnego poranka, po klasycznym croissancie z kawą, zaczynamy właściwe zwiedzanie. Póki nie jest jeszcze gorąco, wspinamy się na wzgórze Colline du Chateau. Z góry rozpościera się wspaniały widok na morze oraz miasto. Oraz niesamowicie długą promenadę wzdłuż plaży. W parku jest przyjemnie, zielono i sporo turystów. Oraz wszelkiego rodzaju ćwiczących grupek. Nie ma to jak zdrowo zacząć dzień. Parę rundek w tu i tam i stwierdzamy, że pora zracać na dół. Schodzimy od strony portu, żeby obejść wzgórzę do okoła zanim dotrzemy na słynną Promenade des Anglais. Widok smażących się plackiem ludzi wyciągniętych na wąskiej kamienistej plaży jest raczej mało inspirujący, więc skręcamy w wąskie uliczki starego miasta. Tam wśród przy placykach, w otoczeniu budynków o ciepłych odcienich ochry, kryją się perełki takie jak katedra Sainte-Réparate, Palais de la Justice czy Palais Rusca.


Nicea od strony portu

Palais de la Justice
Katedra Sainte-Reparate
Nicea jest urocza, jednak szybko dochodzimy do wniosku (co zresztą potwierdził miły recepcjonista w naszym hoteliku), że do tego miasta przyjeżdża się głównie po to, by poleżeć na plaży lub przepuścić fortunę na zakupach. Na szczęście, jeśli chodzi o podróże, dla mnie muzea mogły by nie istnieć, a od zabytków bardziej liczy się... lokalna kuchnia. A we Francji jest czego próbować. Dlatego czym prędzej okhaczyłam z mojej listy to-do takie pozycje jak lody lawendowe i fiołkowe z najlepszej lodziarni Fenocchio (plac Rossetti 2) czy socca (rodzaj naleśnika z mąki z ciecierzycy) siedząc na ulicy przed René Socca (2 Rue Miralheti). Socca na kolana nie powala, jednak ma ciekawy smak i warto jej spróbować. Jednak najbardziej polecam uroczą restauracyjkę niopodal placu Rossetti, La Rossettisserie (8 Rue Mascoinat). W samym sercu miasta można posilić się pieczonym kurczakiem, lub pieczonym mięsiwem w towarzystkie pieczonych ziemniaczków i sałatki, lub klasycznego ratatouille. 


Och lody na placy Rossetti
Wszystkie te pyszności niestety mogę się nam nieźle odbić w biodrach po wakacjach ;) Dlatego od czasu do czasu watro się nieco powspinac i porządnie spocić. Ale o tym już niedługo.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Koci kraj

Na świecie panuje puszysty trend: kocie kawiarnie. Rok termu taki właśnie przytulny lokal, gdzie można wypić kawkę w otoczeniu futrzaków otworzył się w Amsterdamie. Nie długo trzeba było czekać, kolejna pojawiła się w Groningen i w plannach kolejne miasta. Wszystko fajnie i puszyście.

Z góry odrazu przyznaję, że w takiej kawiarni jeszcze nie byłam. Głównie dlatego, że mi nie po drodze, ale też dlatego, że rezerwacje są obowiązkowe. I choć kocham koty, to raczej mnie do kattencafe nie ciągnie. W końcu spójrzmy prawdzie w oczy - koty w Holandii są niemal wszędzie! A instytucja tak zwanego kroegkat istnieje w tym kraju od dawna. 

Kot mieszkający w centrum ogrodniczym. Ten to ma się gdzie kręcić i polować ;)
Nie tak trudno natknąć się w Holandii na kocinę wyciągniętą błogo na kanapie/krześle/podłodze. Widok futrzaka w restauracji nawet mnie już nie dziwi. W Nijmegen znałam kilka takich miejsc, gdzie spotkac możne miejscowego kroegkota. Rudzielec Bert przesiadujący w kawiarni The Fuzz dorobił się nawet własnej strony internetowej ;) Daleko szukać nie trzeba. Wraz z Maurycem natknęliśmy się już nie raz na kota kawiarnianego, restauracyjnego, w McDonaldzie, w coffee shopie, w centrach ogrodniczych i przeróżnych sklepach. Nawet w Burger's Zoo mieszkają koty (które w naturalny sposób pozbywają się szkodników)! W Holandii koty królują.

Według przeprowadzonych w 2014 roku statystyk żyje w tym kraju około 2,6 miliona kotów. Ponad milion więcej niż psów. Średnio na co piąte domostwo przypada jeden lub więcej kotów. Spacerując ulicami w naszej okolicy mam wrażenie, że nieco zawyżamy tu statystyki, bo kocie zagęszczenie jest niesamowicie wysokie. Prawie co drugi dom ma sierściuszka na parapecie lub przed drzwiami ;) 

Źródło: Nieuwsblad.be
Czy to znaczy, że jestem przeciwna kocim kawiarniom? Ależ skądże! Uważam, że pomysł jest jak najbardziej przyjemny, szczególnie, że kawiarnie te wspierają często schroniska. I co najważniejsze, opiekują się paroma uroczymi futrzakami.

poniedziałek, 7 marca 2016

Plaża w Scheveningen

Każdy język ma swoje specjalne słowa, które są niezwykle trudne do wymówienia poprawnie dla obcokrajowców. Dla Holendrów przykładem takiego słowa jest nadmorska dzielnica Hagi, Scheveningen. Prawidłowa wymowa i akcent są tak specyficzne, że podczas II Wojny Światowej Holendrzy wyłapywali niemieckich szpiegów na podstawie wymowy tej właśnie nazwy! 

Pomimo trudnej wymowy, Scheveningen jest jedną w popularniejszych atrakcji turystycznych w tym kraju. Charakterystyczne molo jest tak rozpoznawalne, że nie sposób pomylić je z jakim kolwiek innym miejscem. Aż wstyd się przyznać, że po ponad 4 lata mieszkania w Holandii, dopiero niedawno odwiedziłam słynną plażę. Jak dobrze, że czasem ktoś znajomy z Polski przyjedzie z wizytą, to świetna wymówka, żeby wybrać się w nowe miejsca ;) 

Tak się właśnie złożyło, że przyjaciółka z liceum odwiedziła nasze kurnikowe progi, jako pierwszy zagraniczny gość na Kwiatkowej. A skoro wizyta, to jak tu nie zwiedzić najważniejszych miast Holandii, jak Amsterdam, Haga i Rotterdam?! I tak oto nadszedł ten dzień... mój pierwszy raz na haskiej plaży. 

Oh jak ja uwielbiam zimową odsłonę morskiego wybrzeża. Żadnych turystów smażących się na ręcznikach. Nieco surowy i dziki wygląd piasku. I ten szorstki, mroźny wiatr targający włosy i burzący fale. 











PS. Choć widoki może są lepsze, a molo znacznie wyższe, to jednak nasze sopockie bardziej mnie urzekło ;) 

środa, 10 lutego 2016

Co nowego na ul. Kwiatkowej? Wieści po przeprowadzce

Dwa miesiące minęły. Ależ ten czas zleciał. Dwa miesiące od naszej przeprowadzki. Jak sobie radzimy? Co się przez ten czas wydarzyło? W sumie nie tak wiele, ale czas zleciał mi jak z bicza trzasnął. 

Sama przeprowadzka poszła dość gładko. Przygotowania zaczęłam już w październiku, więc gdy dzień zero w grudniu naszedł, nasz cały dobytek (pomniejszony o parę worków ubrań, naczyń i makulatury) spakowany był w kilkanaście pudeł, mieszkanie wypucowane, a meble, których nie planowaliśmy zabierać do Utrechtu, sprzedane na Markplaats.nl. Jakiś miesiąc przed przeprowadzką, znalazłam też rewelacyjną listę zadań: verhuizen.aegon.nl i muszę przyznać, że znacznie mi pomogła zapanować nad szerzącym się chaosem. Przed i wczasie przeprowadzki trzeba pamiętać o tak wielu nawet drobnych sprawach, że łatwo niektóre przeoczyć. W tym momencie check-list z kalendarzem przypomina: poinformuj lekarza, dentystę, aptekę, wszelkie abonamenty, zawrzyj nową umowę o prąd, gaz, wodę, internet... zamów przekierowanie poczty (parę kliknięć na postnl.nl i nie musiałam się martwić, że jakieś zagubione ważne listy wysłane zostaną do starego mieszkania). Z całego zaangażowania, aż zrobiłam coś ultraholenderskiego: zamówiłam kartki okolicznościowe, żeby poinformować znajomych i rodzinę o nowym adresie!


Jak się okazało, rozpakowywanie poszło nam nieco wolniej i do dziś jeszcze gdzieniegdzie stoją pudła z książkami i mniej potrzebnymi na codzień rzeczami. Lampa zamiast wisieć w kuchni nad stołem, leży na podłodze pod schodami, a biurka, przy którym mogłabym wygodnie pracować i pisać doprosiłam się dopiero w zeszły weekend ;) Nie ma pośpiechu, narazie nigdzie się nie wybieramy.

Powoli przyzwyczajamy się do realiów posiadaczy własnej nieruchomości. Bardzo powoli... wszelkie malowanie i poprawki planujemy dopiero na wiosnę. Kiedy zrobi się przyjemnie ciepło i mniej mokro, żeby można było spokojnie okna otworzyć. Otworzyć i nie martwić się o kota, który garnie się na zewnątrz, żeby stać się prawdziwym miejskim dachowcem. Narazie miała dwa podejścia i musieliśmy drabiną ściągać ją z murów naszego ogrodzenia.

Mauryc, który w Nijmegen dostawał dreszczy na myśl o przywierceniu wieszaka do ściany, teraz odkrywa w sobie prawdziwego klusjesman. Podkreślam: odkrywa, bo lampy dalej leżą zamiast wisieć, ale z wielką radością zaopatrza się we wszelkie narzędzia, młotki, wiertarki, śrubokręty i podekscytowany biega ze nową skrzynką na owe cuda, kiedy pojawia się kolejne zadanie specjalne. Nawet drabinę kupił, i dzięki Bogu... przynajmniej kota z ogrodzenia mogliśmy ściągnąć.

Szkoda, że nie mam listy poprzeprowadzkowej. Takiej, która pomogłaby mi odhaczyć wszystko to, o czym właściciel domu wiedzieć powinien. Na przykład, znaleźć dobrego Pana Złota Rączka. Bo jednak, jeśli o poważne sprawy chodzi, Mauryc jeszcze umywa ręce. A już pierwszą taką potrzebę doświadczyliśmy. Po około miesiącu, nagle a komina zaczęło nam przeciekać, prosto do salonu. Okazało się, że coś, gdzieś przy kominie nie do końca szczelne było (ponoć dość częsta przypadłość starych domu w Holandii) i po ulewie musieliśmy wzywać specjalistę. Po tej przygodzie przypomniało mi się, jaki kiedyś u Gosi na blogu czytałam o niekompetencji tutejszych speców... I wiesz co kochana, w końcu muszę przyznać Ci rację! Do "nagłego" wezwania (o ile dwa dni później można wciąż nazwać spoed) przyjechał gość bez potrzebnych narzędzi, obejrzał dach, skasował za godzinę pracy i ustalił kolejną wizytę. Za którą oczywiście też skasował więcej niż początkowo obiecywał. Krew się we mnie zagotowała i poprzysięgłam, że nigdy więcej z tej firmy nie skorzystam. Na szczęście dach już nie cieknie. Nie znałby ktoś z Was przypadkiem Złotej Rączki z okolic Utrechtu? ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...