środa, 4 listopada 2015

Gdzie lew mówi dobranoc: Leeuwarden

Patrząc dziś za okno na pochmurne niebo, zatęskniło mi się za piękną złotą jesienią. Taką jak na początku października, kiedy to pewnego słonecznego dnia wywiało mnie na samą północ do Leeuwarden. 

Friesland, Fryzja, Holandia, kamienice

Nigdy wcześniej nie byłam we Fryzji, a stolica tej niezwykłej prowincji mnie zachwyciła. Dlaczego Fryzja jest taka niezwykła? Cóż... choć w Holandii dialekty są na porządku dziennym i niemal każde miasto ma swój wydźwięk, to Fryzja wybitnie się wyróżnia i tutejszy dialekt jest tak niezrozumiały dla przeciętnego Holendra, że uznano go za odrębny język fryzyjski (fries / frysk). Fryzowie słyną z wielkiego patriotyzmu lokalnego i dumy, a sama prowincji jest epicentrum łyżwiarstwa szybkiego. To tutaj odbywa się słynny Elfstedentocht, a w mieście Herenveen co roku odbywają się wielkie turnieje na tutejszym torze łyżwierskim Thialf. 

Zapraszam Was zatem moi drodzy na spacer po pięknym, słonecznym Leeuwarden. 

Pałac Sprawiedliwości, Leeuwarden, sąd

Leeuwarden, Holandia,

Neoklasycystyczny budynek Paleis van Justitie z 1851 jako pierwszy ukazał się moim oczom. Usytuowanym przy dużym placu budynek sądowy najwyraźniej jest świetnymmiejscem spotkań i odpoczynku. Za każdym razem, gdy przechodziłam obok, pojedyncze osoby i grupki przesiadywały na schodach. 

Waga miejska, kanał, Fryzja

Fryzja, waga miejska


waga miejska, holandia

Leeuwarden, Friesland, Waag

Po paru skrętach szybko dotarłam do samego centrum miast. To właśnie znalazłam dawne serce handlowe Leeuwarden - miejską wagę. Piękny budynek pochodzi z 1590 roku i tuż za nim znajduje się, jak w wielu holenderskich miastach, kanał. Zapewne pomagał handlarzom i rolnikom w transporcie dóbr. W Leeuwarden handlowano nabiałem, głównie masłem i serem. Przed budynkiem można dziś znaleźć niewielki pomniczek osoby z zapałem ubijającej masło w tradycyjny sposób. 

Krzywa wieża w Leeuwarden

Kto powiedział, że żeby zobaczyć krzywą wieżę, trzeba jechać do Pizy? Oudehover w Leeuwarden kłania się ziemi nawet bardziej niż jej słynna włoska koleżanka. Ta kościelna wieża nigdy nie została ukończona. Przyznam się, że na pierwszym zdjęciu jakie zrobiłam, wieża stoi idealnie prosto... ziemia natomiast bardzo się krzywi ;) tutaj też ledwo wyśrodkowałam. 





Urokliwe uliczki sprzyjają spokojnym spacerom. Po drodze zatrzymałam się w małym sklepiku kupić drobne pamiątki.

leeuwarden

gothic church

Grote of Jacobijnerkerk, leeuwarden

leeuwarden, holland, church

Grote of Jacobijnerkerk to największy średniowieczny kościół w Leeuwaarden. Wybudowany przez Dominikanów, w pewnym momencie przeszedł w ręce protestantów i do dziś jest przez nich używany. Szczególnie spodobały mi się wrota od wschodniej strony, Oranjepoortje. 

Leeuwarden

leeuwarden, holandia

leeuwarden, holandia

Symbol Leeuwarden - Sint-Bonifatiuskerk. Olbrzymi neogotycki kościół z końca XXI wieku, jest chyba jednym z lepiej znanych w Holandii budynków sakralnych. W 1947 roku kościelna wieża ucierpiała na skutek...zderzenia samolotu. Na całe szczęście, po urwaniu 3 metrów skrzydła, pilot wylądował awaryjnie za miastem i nikt z pasażerów nie ucierpiał. 





W niewielkiej odległości od kościoła św. Bonifacego, znalazłam przepiękny budynek ambasady, Kanselarij. Na przestrzeni wieków budynek pełnił różne funkcje... szpital, straż, aż dziś mieści się tu muzeum.





W pobliżu budynku gminnego (gemeente) napotkałam niezwykły drogowskaz. Zamiast nazw ulicy, zabytków lub kierunków, na czterek ramionach znajduje się tekst piosenki autorstwa Drs. P "’t Is avond in Siberië en nergens is een leeuw". Tekst symbolicznie prowadzi do skojarzeń z Leeuwarden (lew znajduje się w herbie miasta) oraz mroźnej zimy (Fryzja jest "Syberią Holandii"). 

Wyobrażam sobie, że Leeuwarden jeszcze piękniej prezentowałoby się w śnieżnej, zimowej odsłonie... Może tam niedługo wrócimy? ;)

sobota, 17 października 2015

Czy na emigracji można poczuć się jak w domu?

W ostatni weekend stuknęły mi cztery latka. Cztery lata mojego emigranckiego życia w Wiatrakowie. Wiele rzeczy się zmieniło przez ten czas i do wielu kwestii musiałam się przyzwyczaić, dostosować. Jak to tej pory moich decyzji nie żałuję, a na pytanie (jakże często zadawane, swoją drogą) czy już się w Holandii zaaklimatyzowałam, zawsze odpowiedam, że czuję się tu jak w domu. W moim drugim domu, bo nie ukrywajmy, miejsce w którym się wychowałam zawsze będzie moim pierwszym domem. 

Z okazji tej małej rocznicy zastanawiałam się ostatnio, co właściwie sprawiło, że poczułam się w Holandii jak u siebie. I znów, mogłabym wymienić wiele czynników, ale niektóre wydawały mi się szczególnie ważne. Tak śmiesznie się złożyło, że na każdy rok mojej emigracji, przypadł jeden milowy krok do pelnej satysfakcji z mojego życia na "obczyźnie":

1. Znajdź nowych przyjaciół

Wiele znanych mi emigrantek wyjechało za granicę z podobnych powodów jak ja. Z miłości. Serce w końcu nie wybiera, prawda? Inni nieraz przenoszą się do innegokraju z całą rodziną. Wydawałoby się, że w takiej sytuacji powinniśmy już czuć się dość komfortowo. Mamy kogoś bliskiego u naszego boku. Ktoś komu można się wyżalić, kto nas wspiera i rozumie. Ale czy rzeczywiście rozumie wszystko? Czy Holender w Holandii będzie w stanie naprawdę wyobrazić sobie z czym boryk się obcokrajowiec, który dopiero stawia pierwsze kroki w nieznanym mu kraju? Wszystkie holenderskie zwyczaje, które nas zadziwiają, śmieszą, drażnią, będą do Holendra zupełnie normalne i oczywiste. A kiedy w domu atmosfera robi się ciężka, kto nie ma ochoty wygadać się komuś z zewnątrz? 

Źródło: www.ravebin.com
I tu właśnie potrzebni są przyjaciele. Ktoś z kim można pójść na kawę/piwo/lunch i zwyczajnie pogadać. Poplotkować. Ponarzekać na tego naszego (zazwyczaj) kochanego męża/chłopaka, na teściów, sąsiadów czy choćby tego szalonego rowerzystę, który wczoraj mało nas nie rozjechał. Jeszcze lepiej, jeśli ten ktoś jest też przyjezdnym, tak jak my. Przyjaciółka emigrantka! Tylko ona wie jak się czujemy, bo przecież musiało przejść podobną drogę. No i umówmy się: choćby nie wiem jak wspaniały był nasz partner, czy naprawdę chcemy, żeby całe nasze życie kręciło się wokół jednej osoby? Jak cudownie mieć też swoje własne życie! Dlatego przyjaciele tu na miejscu są tak ważni. 

2. Naucz się języka

Ok, chwilę pokręciliśmy się po tym kraju. Generalnie wielkich problemów z komunikacją nie mamy, bo przezcież każdy w Wiatrakowie po angielsku mówi. Niemal wszystko idzie załatwić. Ale ale... w pewnym momencie fajnie byłoby rozumieć co ludzie na ulicy mówią. Nie umierać z nudów na rodzinnej imprezie, bo ciężko oczekiwać, że cała familia lubego tylko dla nas zacznie toczyć wszystkie rozmowy po angielsku. Nie nie, kochani. To my tu przyjechaliśmy, to MY musimy się dostosować. 

Źródło: www.savethestudent.org
Przyznaję, że nauka języka obcego od podstaw to niezłe wyzwanie. Na samym początku to świetna zabawa. Potem zaczynają się schody. Wydaje nam się, że powinniśmy już być w stanie się porozumiewać. Jednak nie idzie to płynnie, wielu słów nam brakuje, robimy błędy i generalnie szlag nas trafia. Etap zniechęcenia i nienawiści. Znam osoby, które w tym punkcie utkwiły. Jeśli jednak się nie poddamy, zaciśniemy pięści to nagroda będzie niesamowicie satysfakcjonująca. Wyobraźmy sobie: włączamy TV i nie sprawia nam trudności obejrzenie fajnego programu lub wiadomości. Idziemy do sklepu/przychodni/baru i rozumiemy co się wokół nas dzieje, o czym inni rozmawiają. W końcu nie jesteśmy traktowani jak turyści, tylko jak normalni ludzie. Przynależymy do lokalnego społeczeństwa. 

3. Znajdź pracę, która sprawia ci przyjemność

Rzeczywistość jest brutalna. Za granicą o pracę trzeba się nieraz mocno starać. Bariera językowa nie pomaga, znajomości nie mamy, więc ciężko nawet żeby ktoś nas polecił, a konkurencja jest ogromna. W końcu jednak jakąś pracę znajdujemy. Niezawsze jest ona szczytem naszych marzeń. Wręcz przeciwnie. Pierwsza praca za granicą nie rzadko jest daleka od tego jak byśmy sobie nasze idealne życie wyobrażali. Co tu dużo kryć, po przeprowadzce, początkowo dorabiałam sobie najzwyczajniej sprzątając. Świetnego CV i profesjonalnego doświadczenia z Polski nie przywiozłam, więc w ofertach pracy nie mogła za bardzo wybrzydzać. Co nie znaczy, że szukać nie przestałam. 

Źródło: www.huffingtonpost.com
Obecnie mam przyjemną pracę w branży, którą studiowałam. Pracuję z rewelacyjnymi ludźmi w firmie, która pozwala mi się rozwijać. Może moje stanowisko nie jest wybitnie ambitne, ale nie to się przecież liczy. Tak naprawdę ważnej jest tylko to, za jakią miną wstajesz rano i z jakim odczuciem wracasz do domu. Zapytana o pracę, chętnie opowiadam o niej z uśmiechem, bo zwyczajnie daje mi satysfakcję! Inspiruje, zachęca do dalszego rozwijania się i pozwala na całkiem przyjemne spędzenie tych 8+ godzin. A co najważniejsze... czuję się doceniana. Warto uczuć się, szukać tej właściwej firmy, a jeśli mamy pasję, talent i pomysł na siebie, zostać swoim własnym szefem, jak moje blogowe koleżanki Dorota i Maryla, z których jestem bardzo dumna. Tak trzymać! 

4. Badź otwarty, świadomy i akceptuj

I w końcu pora na akceptację. Za granicą wiele rzeczy trzeba zaakceptować. Jeśli już podejmiemy decyzję, że dobrze nam tu i chcemy tu zostać, będziemy musieli zwyczajnie pogodzić się a faktem, że otaczające nas środowisko i ludzie są tacy a nie inni i raczej ich już nie zmienimy. Nie drastycznie w każdym razie. Choć Holendrzy potrafią być czasem niezwykle irytujący, to nie ma co porównywać ich z Polakami. Żyjemy w ich kraju, więc trzeba ich po prostu zaakceptować. Kropka. Ewentulanie omijać tych działających na nerwy. W końcy znajomych sami sobie dobieramy. 

Zamiast narzekać na różnice, czemu nie nauczyć się od tubylców, chegoś co się nam podoba? Zamiast lamentować, że pewnych polskich produktów kupić tu nie można (no chyba, że w polskim sklepie), czemu nie poszerzyć horyzontów i spróbować czegoś nowego? Ja na przykład lubuję się w kuchniach azjatyckich i niebywale cieszy mnie fakt, że nie mam w Holandii problemu ze znalezieniem dość egzatycznych składników. 

Źródło: beingandbelonging.com
W końcu pora zaakceptować w pełni siebie i tego kim jsteśmy. Kim właściwie jestem? Polką, która na co dzień mało ma wspólnego z ojczyzną? A z roku na roku dystans między mną a polskimi realiami rośnie coraz większy (jak to nie jechać na imprezę rowerem? I co z tego, że zima). Na pewno nie Holenderką! To nigdy się nie stanie... choćby dlatego, że moja słowiańska krew nie pozwala mi na spokojną, wywarzoną dyskusję. Nigdy w pełni nie będę tu miejscową. Zawsze w jakiś sposób będę się wyróżniać. Choćby przez mój akcent, którego w końcu przestałam się wstydzić. Czemu miałabym się wstydzić? Bo zdradza moją narodowość? I bardzo dobrze. Pozwala mi kreować moją własną unikalną tożsamość. Łamać polskie negatywne stereotypy. Jestem tym na co ciężko pracowałam i czerpię z tego co wyniosłam z rodzinnego domu oraz czego uczy otaczający mnie świat. I wiecie co... dobrze mi z tym. ;) 

czwartek, 1 października 2015

Październikowa promocja NS

Zrobiło się nieco chłodniej, a dni zaczęły się coraz bardziej skracać. Nie da się ukryć, jesień nastała na dobre. Ale koniec wakacji i rozpoczęcie roku szkolnego, wcale nie oznacza, że mamy się zaszyć w czterech ścianach z kubkiem herbaty (tudzież w Starbuck'sie z kubkiem pumpkin spice latte) iowinąć szczelnie kocem! No właściwie to możemy, szczególnie, że taka wizja brzmi całkiem przyjemnie. Ale ale... nie musimy. I NS doskonale się z tym zgadza.

W ubiegłym tygodniu około 4 miliony domostw w Holandii otrzymały specjalne książeczki i bilety promocyjne ważne przez cały październik. Wczoraj zostałam poproszona o pomoc przy rozszyfrowaniu owych bilecików, więc idąc za ciosem, postanowiłam podzielić się tu z Wam moją pociągową wiedzą (dzięki za pomysł Agnieszka!). Może ktoś z Was również znalazł w skrzynce pocztowej upominek od holenderskich kolei? Jakie to promocje nam zaoferowano i z czym się to je? 

MEEREISKAART

W pakiecie znajduje się jeden papierowy bilet z chipem zwany "Meereiskaart voor 2 dagen". Co nam on daje? Dzięki temu bilecikowi, możemy podróżować we dwoje na jednym ważnym bilecie od poniedziałku do piątku po 9.00 rano, a w weekendy przez cały dzień. Do wykorzystania są dwa dowolne dni i nieogranoczona ilość przejazdów. 

Przykładowo: mam OV-chip kaart z abonamentem na trasę Nijmegen-Utrecht. Mauryc jeździ samochodem, więc nawet własnej OV-chipkaart nie ma. Załużmy, że pewnego dnia postanowiliśmy się wybrać pociągiem do Utrechtu. Na stacji początkowej ja odbijam swoją OV przy słupku tudzież bramkach, a Mauryc melduje (inchechen) się właśnie ową Meereiskaart. W ten sposób może jechać ze mną za darmo, w tej samej klasie do tego samego miejsca co ja. W Utrechcie jednak uznaliśmy, że Amsterdam też jest fajny i chcemy się tam wybrać. Jedno z nas musi w tym momencie kupić bilet w automacie. Kupujemy jeden bilet, a drugie z nas jedzie dalej na Meereiskaart. I tak przez cały dzień. A właściwie dwa dni. 

Uwaga: ponieważ karta ma chip, bezwzględnie trzeba się nią zaczekinować przed wskoczeniem do pociągu. W przeciwnym razie będzie nie ważna. Należałoby się też wyczekinować po dojeździe na miejsce. Jeśli gdzieś się przesiadamy i czas przesiadki trwa ponad 35 minut, chech-in i check-out też są konieczne. Jeśli transfer jest którszy, nie zaprzątamy sobie tym głowy. 

OVERGANGSBEWIJS

Kolejną ofertą są dwa papierowe bileciki "Overgang 2-1 dagkaart". Dzięki tym kartom możemy podróżować w pierwszej klasie za cenę drugiej klasy. Przyznam, że ta akcja szczególnie nie powala, bo do wykorzystanie jest jedynie w weekendy (sobota i niedziela), kiedy to pociągi i tak nie są zatłoczone. Ale z drugiej strony... jeśli już gdzieś jedziemy, czemu nie skorzystać "luksusów" pierwszej klasy jakimi są przestrzeń, cisza i czasem gniazdka elektryczne (np, żeby podładować smartphona, który już pada od intensywnego lajkowania na fejsie. Uff... ale nam się w tym tekście zalęgło sporo dziwolągów językowych. A co... taka jestem nowoczesna ;)). 

Jak to działa? Podróźnik spragniony wrażeń kupuje bilet drugiej klasy do fantastycznego Nijmegen. Zamiast w nędznej drugiej klasie, wyciąga nogi w pierwszej klasie. Dzięki Overgang kaart zaoszczędził jakieś 40-50% ceny za dodatkowy komforcik. 

Uwaga: Overgang kaart nie posiada chipu, więc się nią nie meldujemy. Jest ważna tylko w połączeniu z odbitym biletem drugiej klasy. Konieczne jest natomiast wpisanie długopisem daty na papierowej Overgang kaart. 

KSIĄŻECZKA

Załączona książeczka ma charakter informacyjny. Możemy w niej wyczytać jakie to inne promocje są w tym miesiącu dostępne na stronie www.spoordeelwinkel.nl, np. niekiepska akcja: bilet w dwie strony dla dwóch osób poza godzinami szczytu za 19,90 euro. 

Warto pamiętać, że akcje nie łączą się ze sobą. Wspomniane wyżej bilety są akceptowane przez wszystkie firmy kolejowe w Holandii, ale na przejazd Intecity Direct lub ICE (międzynarodowe połączenia na odcinkach krajowych) będziemy musieli uiścić dopłatę. 

To gdzie się wybierzecie w październiku?

sobota, 26 września 2015

Interrailing 2015: Jak się miewają francuskie koleje

Ponad 2235 km. Taki dystans pokonaliśmy ostatecznie, podróżując pociągami po wchodniej części Francji. Krajobraz za oknem zmieniał się powoli ze skalistego stromego wybrzeża w łągodnie falujące wzgórza pokryte winnicami. Pola przekwitniętych już niestety słoneczników, ustępowały miejsca kolejnym winnicom, które następnie zastępowały spektakularnym górom. Skąpane w słońcu miasta Lazurowego Wybrzeża zostawialiśmy za sobą, by zgłębiać historię w fascynującej Prowansji, a następnie przenieść się w krainę rodem z bajek braci Grimm. 



Przez te dwa tygodnie naszych kolejowych wakacji odwiedziliśmy pięć regionów oraz szerego miast, miasteczek i atrakcji:
  • Genuę (wyprawę rozpoczęliśmy od odwiedzin we Włoszech)
  • Niceę
  • Èze
  • Awinion
  • Arles
  • Pont du Gard
  • Annecy
  • Colmar 
  • Starsburg
Przyznam się Wam szczerze, że chcieliśmy zaliczyć parę miejsc więcej, ale nasze plany parę razy pokrzyżowała zła pogoda i godzinne opóźnienia pociągów. Ok, tak naprawdę to ja, jako kolejowa entuzjastka, chciałam wykonać parę dodatkoych mini-wycieczek. Jednak wtedy nasz urlop zmienił by się w nieco szaloną gonitwę, a na to Mauryc by mi z pewnością nie pozwolił. W końcu to nasze wakacje. 

Nieprogramowy postój w Mouchard z powodu burzy. Z lekka 3 godziny opóźnienia. 
Turkus jeziora Annecy. Czy słońce czy deszcz, kolor jest niezmiennie urzekający
Niecierpliwe wyczekiwanie na pokaz świetlny w Awinionie
Mydełka lawendowe, czyli jeden a głównych suwenirów z Prowansji
Francja bez wątpienia jest przepięknym krajem, który ma niesamowicie wiele do zaoferowania. Cudowne widoki, doskonała kuchnia, wspaniałe miasta oraz urokliwe miasteczka. A wszystko do doprawione garścią historii, łyżeczką szyku i szczyptą megalomanii ;) Wbrew popularnym stereotypom, wedle których Francuzi są aroganccy, nieprzyjaźni i nie mówiący po angielsku, my spotykaliśmy bardzo miłe i ciepłe osoby. Często się uśmiechające, pomocne i przyjazne. A że zawsze staraliśmy się zaczynać każdą rozmowę naszą łamaną francuszczyzną, większość w pewnym momencie przechodziła na całkiem niezły angielski, żeby się nad nami ulitować. Co nie znaczy, że na nic nie narzekaliśmy... 





Cóż tu mogę powiedzieć o francuskiej kolei. Szczyci się wielce wspaniałością słynnych TGV. Ale czy rzeczywiście ma ku temu powody? Jeśli wszystko idzie po myśli, to ok... Pociągi są przyjemne, wygodne i względnie szybkie. Nam niestety nie dane było nacieszyć się ową szybkością i niezawodnością. Większość z naszych dłużych tras napotkała jakieś problemy... a to wagon był zepsuty i musieliśmy się przesiadać lub siedzieć w ciemnościach (ach te niezliczone tunele wzdłuż wybrzeża). A to pociągi miały opóźnienia, z powodu pożaru gdzieś na trasie, awarii elektrycznej lub burzy i powalonych drzew. Bogowie kolei do końca nam nie sprzyjali, więc cała wybrawa nabrała odrobinkę przygodowego charakteru ;) Gorączkowe wyczekiwanie i rozszyfrowywanie francuskich komunikatów, wymiana rezerwacji, zmiany trasy. Działo się. 




Czy poleciłabym komuś interrailing we Francji? Poleciłabym mocno się zastanowić. Z pewnością warto się wybrać. Zdecydowanie nie zawiodą Was widoki i odwiedzane miejsca. Pociągi same w sobie też nie rozczarują nikogo. Jednak warto liczyć się z tym, że coś może pójść nie tak (jak to zresztą nieraz z koleją bywa w wielu państwach). Uzbroić się w cierpliwość, podszkolić podstawy języka i spakować dodatkowego croissanta na drogę ;) Nie bez powodu Interrail zmienił w ostatnich latach strategię marketingową z aktywnego promowania Francji, w cichą akceptację faktu, że Francja do programu należy. Nie liczcie na bezproblemowe przejazdy, zaplanujcie więcej czasu na przesiadki i wszystko będzie ok. Najwyżej mile się zaskoczycie. 



Na zakończenie przytoczę Wam mały epizodzik. W drodze z Annecy do Starsburga zaplanowaliśmy wziąć jeden jedyny podczas całych wakacji słynny TGV (na innych trasach polegaliśmy na Intercite i regionalnych pociągach "TER"). Pociąg mieliśmy złapać w Lyon, ale jak na złość drzewo na torach zagrodziło nam dostęp do tegoż miasta. Zamiast tego udało nam się o czasie dotrzeć do następnego przystanku na trasie planowanego TGV, czyli do Bourg-en-Bresse. Do Lyon na czas już byśmy nie dotrali, więc uznałam, że wsiądziemy zwyczajnie tutaj. Ale tak na wszelki wypadek, poszłam do kasy się upewnić, że nie będzie z naszą miejscówką problemu. Po ustaleniu, że pan w kasie angielskim językiem wystarczająco dobrze włada, przedstawiłam sytuację i zapytałam, czy możemy skorzystać z tej rezerwacji wsiadając w Bourg-en-Bresse. 
Pan mocno się zamyślił, sprawdził system i mój Interrail pass. Łysawa główka zaczęła mu się pocić. W końcu złapał bilety i pobiegł na zaplecze. Po paru minutach wróćił z panią, która najwyraźniej miała więcej władzy i bieglej znała język obcy. 
- Czy mogę wciąż skorzystać z tej rezerwacji, wsiadając do pociągu tutaj? - powtórzyłam ponownie po kolejnych wyjaśnieniach skąd się w Bourg w ogóle wzięłam. 
- Niestety, ale nie...
- Czemu nie? Przecież pociąg jeszcze tu nie dotarł?
- Ale rezerwacja mówi, że odjazd jest o 14:30 - po czym pokazali mi zegarek - a już jest prawie 14:30. 
Na miłość boską, czy oni wogóle rozumieją? Przecież wiem, że nie mogę się do Lyon teleportować....
- Ale nic się nie martw - ciągnęła pani - wymienimy ci darmowo bilety na następny pociąg. 
- Następny? Czemu nie na ten sam, którym chcę podróżować? Ile musiałabym tu jeszcze czekać???
- Spokojnie, damy ci miejscówki na następny pociąg, ale do Strasburga dojedziesz o tej samej godzinie co chciałaś. 
Ok... coś mi mówi, że to będzie dobre. Let's hear it, myślę sobie. Nowe rezerwacje wydrukowano, stare opieczętowano jako niewykorzystane i wręczają mi z uśmiechem.
- Spójrz - mówi pani - To jest na pociąg TGV z Bourg-en-Bresse do Starsburga. Dojazd jest o tej samej godzinie, ale odjazd jest o 15:10 zamiast 14:30!
Ręce mi opadły! Toż o to przez cały czas pytałam! Nie wymienili mi biletów na następny pociąg, tylko na ten sam co miałam zarezerwowany. Jedynie stację odjazdu i godzinę zmienili. Zaczęłam się zastanawiać, czy oni mnie za idiotkę mają, czy to jak czegoś w tym kraju nie rozumiem. Logika położona na łopatki. Uśmiechnęłam się tylko, podziękowałam i wzięłam pomieszane bilety. 


Wesoło tam we Francji. I choć naklęliśmy się niemiłosiernie na SNCF stojąc godzinami in the middle of nowhere, to z pewnością jeszcze tam wrócimy. I nie wykluczone, że pociągiem ;)

niedziela, 23 sierpnia 2015

Targ serów w Alkmaar

Czy jest coś bardziej holenderskiego niż amsterdamskie kanały, pola tulipanów pod Lisse lub omafiets? Ser oczywiście! Pyszna, kremowa gouda znana na całym świecie. A gdzie można jej najwięcej na raz znaleźć? Na przykład na takim targu serów w Alkmaar. 


Targi serowe odbywają się w Holandii tylko w sezonie letnim. Alkmaar gości takie wydarzenie od kwietnia do początku września, w każdy piątkoy poranek. Korzystając z wolnego dnia, wskoczyłam rano w pociąg, a po dwóch godzinach jazdy i przemierzeniu niemal całego kraju w szerz, dotarłam do celu. 

Na placu przed budynkiem wspaniałej wagi miejskiej (waag) stał już zgromadzony spory tłum. Z samego początku, nie łatwo było dostać się w pobliże barierek, ale po około 30 minutach, ludzie zaczęli się nieco rozchodzić i wygodnie można było podziwiać całe widowisko. Na środku placu pyszniły się w słońcu równo rozłożone żółte koła sera gouda. Każdy szereg oznaczony był tabliczką z typem sera (Gouda) oraz jego wiekiem podanym w miesiącach. Pomiędzy, krzątało sie dwóch mężczyzn oglądając kawałki sera, wywiercając próbki za pomocą specjalnego wiercidełka i dobijając targu. Po uzgodnieniu ceny, przybijali dłonią taką "zaklepaną" cenę. W tym momencie pomocnicy zaczęli ładować sery na specjalne, drewniane nosze, a nosiciele biegali w parach transportując każdy ładunek do wagi i spowrotem na plac, gdzie przekładano sery na drewniane wózki. 









Tak w oryginale miałby wyglądać tradycyjny, holenderski targ serów. Obecnie targ w Alkmaar jest czysto turystyczną pokazówką. Prawdziwe negocjacje ponoć mają jeszcze miejsce w Goudzie i Woerden. Turystyczna czy nie, atrakcja jest wciąż ciekawa i niezwykle popularna. A przy tym jakże ultraholnderska! 





Turyści mają niezłą zabawę. Poza oglądaniem pokazu, mogą sami się zważyć na miejskiej wadze, a niektórzy szczęśliwcy zostają wybrani z tłumu. Dzieci pozują do zdjęć trzymając wielgachne sery oraz będąc noszonym na serowych noszach. Dorośli mają możliwość spróbowania własnych sił w przenoszeniu owych noszy. A musicie wiedzieć, że nie jest to lekka zabawa. Takie nosze ważą około 25 kg. Przeciętnie łąduje się na nie 8 serów, każdy po ponad 12-13 kg. Kto chciałby sobie tak pobiegać w okół placu taszcząc 130 kilogramów i tuptając miarowym rytmem? ;) Ponoć profesjonalnym nosicielom zajmuje około roku opanowanie właściwego sposobu chodzenia i rytmu, tak żeby zsynchronizowanie transportować noszę nie gubiąc, ani nie uszkadzając sera. 








Po takim widowisku można jeszcze pokosztować różnym wariantów żółtego przysmaku na licznych straganikach. Panie w tradycyjnych strojach chętni odkrajają wiórki serowe i dają do degustacji. Wybór jest niesamowity... ser młody, stary, z ziołami, przyprawami, paprykowo-cebulowy, musztardowy, pesto (o pięknej zielonej barwie), truflowy... Ostatecznie decyduję się na kawałek starego sera odkrojony od wielkiego koła na moich oczach oraz na kuleczkę sera orzechowego. Z kawałeczkami orzechów włoskich. Pychota! 

piątek, 14 sierpnia 2015

Na letnie upały...

- Jako dziecko co roku jeździłem z rodzicami pod namiot do Francji - wspomina Mauryc - Wtedy często siadaliśmy przy stoliku przed jakąś knajpką i dostawałem Oranginę. W takiej małej, pękatej szklanej butelce. Baaardzo zimną. Nic nie było wtedy lepsze w taki upalny dzień! 

Raz na jakiś czas nachodzą go taki wspomnienia. Zapewne dlatego jest ogromnym fanem Oranginy. Ten pomarańczowy napój gazowany z miąższem cytrusów jest szczególnie popularny we Francji, gdzie tysiące Holendrów co roku spędza swoje kempingowe wakacje. Nic dziwnego, że z czasem napój pojawił się po X latach na tutejszych półkach sklepowych. 

Źródło:www.rinefolden.dk
Podczas naszej wizyty w zeszły weekend z radością odkryliśmy, że teraz Orangina doratła też do Polski! Kiedy wybraliśmy się z moimi rodzicami na zakupy, Mauryc natychmiast ruszył na poszukiwania napoju. Pobuszował chwilę między regałami, po czym dumnie wrócił niosąc dwie półtora litrowe butelki. Jakże wielki były jego uśmiech. Przy kasie, pani skanująca towary, wzięła butelkę w dłoń, obejrzała chwilkę i skanując kod kreskowy zapytała, czy ta nowa oranżada jest dobra. Mauryc może za dużo po polsku nie rozumie, ale z tym problemu żadnego nie miał. Natychmiast wykrzyknął triumfalnie "Taaak! Baaadzo doobra". 

W weekend ten panowały w Polsce niesamowite upały. Temperatura nie spadała w ciągu dnia poniżej 34 stopni, więc wylegiwaliśmy się tylko w cienu w ogrodzie, od czasu do czasu biegając i oblewajać się nawzajem wężem ogrodowym (ot drobne przyjemnostki). Orangina w między czasie chłodziła się w lodówce jak należy i co jakiś czas ktoś po trochę ją upijał. W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że w czwórkę wypiliśmy ponad 2 litry w jedno południe. 

Tak wiem wiem... gazowane napoje są niezdrowe i zawierają ogromne ilości cukru. Ale dla nostalgicznych wspomnień z dzieciństwa, warto chyba zrobić czasem wyjątek, czyż nie? ;)

piątek, 7 sierpnia 2015

Ściema roku, czyli o tym jak NIE wzięliśmy ślubu

Wczoraj zamieściłam na facebooku zdjęcie pewnego pierścionka z niezbyt szczegółową informacją, że podjęliśmy pewną ważną decyzję. Parę osób nie dało się nabrać, jednak większość z Was zaczęła nam gratulować zakładając chyba, że wzięliśmy ślub lub Mauryc się oświadczył. Przykro mi jeśli Was rozczaruję, ale nic z tych rzeczy. Pierścionek to była jedna wielka ściema ;)


Co za decyzję zatem podjęliśmy? Jak wiecie, kupiliśmy niedawno dom. Taki zakup zobowiązuje, więc w świetle tak dużych obciążeń finansowych uznaliśmy, że warto pewne rzeczy ustalić czarno na białym. A przy okazji zalegalizować nasz związek. Malżenstwo to nie nasza bajka, ale na szczęście w Holandii dostępne są też inne formy prawne, jak zarejestrowany związek partnerski (geregistreerde partnerschap) oraz samenlevingscontract.

My wybraliśmy tą drugą opcję, bo jest tańsza, szybka, prosta i najbardziej elastyczna. Samenlevingscontract to nic innego jak umowa notarialna, regulująca przeróżne kwestie pomiędzy dwójką ludzi żyjących razem pod tym samym adresem i posiadajacymi wspólny majątek. Prawda jest taka, że w tej umowie może znaleźć się co tylko chcecie.

Nie będzie, więc ślubnego kobierca. Nie będzie białego welonu. Te pieniądze przeznaczymy  raczej na jakąś podróż ;) za życzenia jednak dziękujemy, bo jakby nie patrzeć, nasz związek jest teraz oficjalny i legalny.

Skąd się zatem wziął ów pierścionek? Idąc rano razem do notariusza, Mauryc zauważył maleńki pierścionek w kształcie serduszka na chodniku tuż przed biurem. Zbieg okoliczności? ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...