Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zholenderszczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zholenderszczenie. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 sierpnia 2017

Holenderski brzuszek, czyli jak wygląda ciąża w Holandii

Zleciał ten czas szybko, oj zleciał. Ani się nie obejrzałam a tu już mi dzięwiąty miesiąc i urlop macierzyński zawitał. A skoro brzuszek dziś zarządził, że pora spokojnie usiąść na tyłku i odpocząć, uznałam, że zbiorę moje obserwacje i przemyślenia z ostatnich paru miesięcy. Ciąża niby każdy wie mniej więcej jak wygląda, ale jak podchodzą do niej Holendrzy? Czego spodziewać się po tutejszej służbie zdrowia?

Jak mogłam się spodziewać po pierwsze reakcji, jaką otrzymałam w przychodni na wieść, że jestem w ciąży, nie powinnam stawiać moich oczekiwań zbyt wysoko. Dla holenderskiej służby zdrowia stan błogosławiony, o ile przebiega poprawnie i bez komplikacji, jest tak naturalny, że możnaby się mało nim przejmować. Ostatnio znajoma Amerykanka, która też właśnie spodziewa się dziecka zaczęła rozważać powrót to Stanów na parę miesięcy i poród w jej rodzinnych stronach. Dlaczego? Bo tutejszą opieką jest zwyczajnie przerażona. Czy rzeczywiście jest tak źle? To zależy, doczego jest się przyzwyczajonym, czego się oczekuje i oczywiście jak sama ciąża przebiega. 

Dwie kreski na teście? No to teraz się zabawa zaczyna ;)
Mój brzuszek jak do tej pory rośnie sobie grzecznie i spokojnie. Miałam wyjątkowo lekką i przyjemną ciążę, bo czułam się świetnie przez te wszystkie miesiące, nie dolegały mi dokuczliwe przypadłości, nie miałam problemów ze zdrowiem i przez cały czas byłam aktywna. Aż szkoda mi się będzie niedługo rozstawać z brzuszkiem ;) 

Jeśli ciąża przebiega dobrze, momentami można w Holandii zapomnieć, że jakakolwiek opieka zdrowotna istnieje. Szczególnie w drugim trymestrze. Czego powinna się ciężarna w Holandii spodziewać?

1. Ciążę prowadzi położna

Jeśli kobieta jest zdrowa, nie ma żadnych komplikacji, ani medycznych przeciwwskazań, jej ciążę poprowadzi najprawdopodobnie położna. Przychodni położniczych jest w Holandii dużo, więc można sobie wybierać do woli. Położna też przyjmie poród, nawet jeśli zdecydujemy się rodzić w szpitalu. Ginekologa nie widziałam jeszcze ani razu i prawdę mówiąc mam nadzieję, że tak już zostanie do rozwiązania, bo ginekolog w Holandii oznacza tylko jedno: komplikacje. Oczywiście, jeśli ze zdrowiem, ciążą lub płodem jest coś nie tak, ale istnieje podwyższone ryzyko, wtedy ciężarna regularnie widuje ginekologa, a na kontrole zwykle musi udawać się do szpitala. 

2. Niewiele badań

Chodząc do położnej na kontrole (średnio co 4 tygodnie, a w ostatnim miesiącu co 1-2 tygodnie) można się spodziewać dość krótkich wizyt. Zazwyczaj przeprowadzany jest krótki wywiadna temat tego jak się czuję, mierzone jest ciśnienie, osłuchanie pracy serca maluszka i generalne "wymacanie" brzucha. W ten sposób położna ocenia czy płod dobrze się rozwija i rośnie zgodnie z oczekiwaniami. Badanie krwi miałam robione tylko raz, na samym początku, jeszcze w pierwszym trymestrze. A co z kolejnymi badaniami? Np. na poziom cukru, żeby wykryć ewentualną cukrzycę ciążową? Cóż... oceniają na podstawie samopoczucia oraz tego jak szybko rośnie brzuch i dziecko. Jeśli mają jakieś obiekcje, skierują na badanie. Standardowo dodatkowe badania krwi dostają tylko kobiety należące do grupy podwyższonego ryzyka (cukrzyca w rodzinie, duża nadwaga, niektóre grupy etniczne itp). Pod koniec drugiego trymestru mierzony jest tylko poziom żelaza u ciężarnej, ale badanie robi położna w gabienecie i trwa to dosłownie parę sekund. 



3. USG? Raz na trymestr

Na wiele okazji, żeby zobaczyć rozwijającą się fasolkę też nie ma co liczyć (chyba, że ciążę prowadzi ginekolog). Oficjalnie przysługują tylko dwa USG: około 10-12 tygodnia (tzn. termijnecho), żeby potwierdzić ciążę oraz w połowie ciąży (tzn. 20-wekenecho), kiedy to dokładnie sprawdza się każdy milimetr płodu, żeby sprawdzić prawidłowy rozwój wszystkich organów. 20-wekenecho nazywane jest też z tego powodu USG medycznym i przeprowadzają je tylko wyspecjalizowani echoskopiści (w żadnym razie położna). Większość przychodni robi przeprowadza też jedno echo w ostatnim trymestrze, zwykle groeiecho w 30 tygodniu lub liggingsecho w 35 tygodniu, żeby sprawdzić ułożenie dziecka. 

Trzy USG to naprawdę niewiele, ale więcej nie jest zwykle pokryte ubezpieczeniem zdrowotnym. Niektóre przychodnie często też pozwalają na darmowe wczesne USG przy pierwszej wizycie u położnej. Decydując się na badania prenatalne typu combinatietest lub NIPT (od kwietnia tego roku w pełni refundowane) w celu wykluczenia niektórych syndromów, oczywiście wykonywane są dodatkowe USG. Czasem ma się też szczęście (jak ja parę razy) i trafia na wizytę w godzinach, kiedy praktykantra potrzebuje królików doświadczalnych do trenowania i można jej użyczyć swojego brzuszka :) 

4. Poród w domu czy w szpitalu

Holenderskim zwyczajem bardzo wiele kobie rodzi w... domu. I dla wielu Holendrów jest to najnormalniejszą rzeczą na świecie. Większość ubezpieczycieli nawet wysyła za darmo tak zwany "kraampakket" , czyli wielkie pudło pełne bandaży, gazików, środków odkażających, opatrunków i ogromniastych "podpasek", czyli wszystkiego co potrzebne do porodu w domu. Mimo to, coraz więcej ciężarnych decyduje się na poród w szpitalu lub klinice. Wśród moich znajomych chyba nie ma ani jednej osoby, która zamierza rodzić w domu, a mamy w tym roku prawdziwy wysyp brzuszków. 

Poród w szpitalu/klinice bez medycznej potrzeby i skierowania niestety wiąże się z dodatkowymi kosztami z zakresu eigen risico. Warto jednak pamiętać, że większość ubezpieczalni pokrywa także koszty takiego porodu, jeśli przyszła mama ma rozszerzone ubezpieczenie zdrowotne (aanvullende verzekering). Zatem planując rodzinę, dobrze o tym pomyśleć na początku roku kalendarzowego.

5. Pomocna dłoń po porodzie

W Holandii domy wielorodzinne są mniej powszechne niż w Polsce i przyszli dziadkowie nierzadko mieszkają w innym mieście czy wręcz prowincji. Nieraz ciężko jest liczyć na wielką pomoc w pierwszych dniach ze strony rodziny. Na szczęście istnieje taka instytucja jak kraamzorg. Jest to wyspecjalizowana pomoc, która przysługuje każdej świeżoupieczonej mamie i jest w pełni pokryta ubezpieczeniem zdrowotnym. Pomocna pani z kraamzorg przychodzi do domu codziennie przez 8-10 dni po porodzie, żeby dopatrywać stanu i zdrowia mamy i niemowlaka, nauczyć jak dbać o maleństwo (karmić, kąpać, przewijać) oraz pomóc w ogarnięciu domu (posprzątać łazienkę i toaletę, przygotować drobne posiłki, ogarnąć łóżko). I co najlepsze, nie są to krótkie wizyty. Kraamzorg mamy do dyspozycji przez około 6-7 godzin dziennie przez caluteńki tydzień! 

czwartek, 23 marca 2017

Jedzenie, które polubiłam w Holandii

Przeprowadzka za granicę otworzyła mnie kulinarnie. Zawsze lubiłam próbować nowych smaków i eksperymentować w kuchni, ale dopiero po przyjeździe do Holandii zdałam sobie naprawdę sprawę jak wiele mnie omijało. Jeśli chodzi o gotowanie, penych produktów w Polsce może być ciężko dostać lub cena skutecznie odstrasza studencką kieszeń. 

Nie trzeba jednak szukać przepisów z dalekich krajów czy egzotycznych owoców. Przygotowując dziś lunch po raz kolejny zdałam sobie sprawę, że od kiedy mieszkam w Wiatrakowie, mój gust się nieco zmienił i nagle polubiłam najzwyczajniejsze jedzenie, którego wcześniej żyjąc w Polsce nawet nie tykałam.

STARY SER

 Zawsze lubiłam sery, ale byłam zdecydowanie amatorką delikatnej i kremowej w smaku Goudy. Stary ser nawet przez pierwsze miesiące tutaj zwyczajnie mi śmierdział i miał zbyt intensywny smak. Minęło sporo czasu, zanim go wogóle chciałam próbować, ale w końcu z czasem pokochałam typowo holenderski oude kaas. Teraz nie wyobrażam sobie wizyty u rodziców bez przywiezienia kawałka, ku wielkiej uciesze mojego taty. 

SEREK WIEJSKI

Sery serami, twaróg był dla mnie zawsze na miejscu numer jeden. Natomiast serek wiejski... na sam dźwięk skóra mi cierpła. Z całego serca nienawidziłam tego tworu. Nie rozumiałam jak moja mama mogła się nim zajadać. Aż nie wylądawałam w Holandii... z braku sera białego sięgnęłam kiedyś po serek wiejski, bo co to za wiosna bez kanapki z twarożkiem, szczypiorkiem i rzodkiewką? To u mnie taki sezonowy must-have. I nagle coś się odmieniło. Chyba z tęsknoty za prawdziwym twarogiem polubiłam jego namiastkę w postaci huttenkase. Dziś go uwielbiam i zawsze mam w lodówce. Zresztą nie ja jedna, bo serek wiejski jest jednym z ulubieńców tutejszych heathfreaks. 


AWOKADO

Mój brat zawsze nazywał awokado "trutką na teściową" i przez lata się z nim zgadzałam. Ten dziwaczny owoc ani nie jest słodki, ani soczysty, natomiast bardzo...tłusty. Nie polubiliśmy się w Polsce. Nie bardzo nawet wiem kiedy i dlaczego zaczęłam w Holandii ten owoc kupować (pewnie dałam się zmanipulować owym healthfreaks). Dziś w pracy słynę jako wielka fanka awokado, która wcina całą kremową kulkę parę razy tygodniowo. Patrząc na te dwa ostatnie produkty, które na stałe zagościły w moim jadłospisie, Holandia zdecydowanie miała pozytywny wpływ na moją dietę. To jak, kto wybiera się ze mną do restauracji The Avocado Show w Amsterdamie? :) 

ŚREDNIOWYSMAŻONY STEK

Mięso, które jest w środku jeszcze różowe? I nie daj Boży wycieka z niego krew podczas krojenia?! Coś takiego w Polsce by dla mnie nie przeszło. Takie mięso uważałam zwyczajnie za niedopieczone i tym samym niezdatne do spożycia. Mięcho musiało byś wysmażone na wór i idealniej brązowe od środka. Takie... suche. No właśnie... Wcześniej wydawało mi się to normalne. Znowu przez długie miesiące z oporem żułam różowiutkie steki, aż zrozumiałam. Jak pyszne i delikatne potrafi być dobre mięso wołowe, jeśli nie smaży się go na maksa. I nawet żaden sos nie jest potrzebny. Odrobinka masła, posiekana szalotka, świeżo zmielony pieprz. Zupełni inny świat! 


KREWETKI

Parę lat temu owoce morza stanowiły dla mnie temat tabu. W Polsce były albo drogie, mrożone albo trafiałam na źle przygotowane. Czemu źle? Bo były niesmaczne. Gumiaste, galaretowate albo przwodziły mi na myśl chrząstki. Bleee. Kalmarów do dziś raczej nie lubię, za to krewetki... te mogłabym jeść codziennie. W każdej postaci. Najlepiej te wielkie gambas prosto z grilla. Czy chociażby kroepoek, czyli rodzaj krewetkowych prażynek. 

SZPARAGI

W Polsce jakoś nigdy nie jadałam szparagów. Białe były mi zupełnie nieznane, a zielone uważałam za drogie i nie wiedziałam co z nimi zrobić. Teraz na szparagi wyczekuję cały rok. Ze względu na ich sezonowość (białe), wraz z Maurycem pochłaniamy wiosną "białe złoto" w nieprzyzwoitych ilościach. A w pozostałe miesiące pocieszamy się zielonymi :) 


Jak to w Holandii mawiają "Wat de boer niet kent dat eet hij niet" - czego rolnik nie zna, tego nie jada.

środa, 15 marca 2017

Wybory w Holandii 2017

W Holandii ważny dzień dzisiaj moi Drodzy. Wybory do parlamentu. Ja sama nie mogę głosować, bo holenderskiego paszportu nie posiadam, ale nie przeszkadza mi to w obserwowaniu co dzieje się na tutejszej scenie politycznej. Nie będzie jednak dziś politycznych wywodów, bo polityka sama w sobie nieszczególnie mnie interesuje. Zamiast tego, przedstawię Wam kilka partii politycznych, które w pewien sposób wyróżniają się na tle innych. 

Każdy zna populistyczną partię PVV (Partia Wolności), na której czele stoi szalony Wilders. Wraz z Trumpem i Borisem Johnsonem stanowią oni niezły przykład wszystkiego co idzie w polityce ostatnich lat nie tak. Mają wiele wspólnego, nieznoszą imigrantów, muzłumanów... nawet fryzury mają podobne. Strzeżcie się bujnej blond grzywy, coś jest na rzeczy. Ale, to żadna nowość. O Wildersie chyba każdy słyszał. Poznajcie 5 nietypowych (i generalnie dość nowych) partii, biorących udział w tegorocznych wyborach:

5. DENK (Myśl). Założona przez dwóch Holendrów tureckiego pochodzenia, którzy wyrzuceni zostali z Partii Pracy. W miejsce integracji, partia chciałaby widzieć akceptację grup mniejszościowych. Lider partii Kuzu nazwany został "długim ramieniem Erdogana". Myśl o DENK nie napawa mnie wielką radością, ale biorąc pod uwagę mniejszości narodowe w Holandii posiadające prawo do głowosania, podejrzewam, że partia może dostać całkiem spore poparcie. 

4. MenS (Partia dla człowieka i ducha). Założona w 2008 przez astrologa partia chce aby decyzje rządu płynęły prosto z... serca. Jednym z jej założeń jest promowanie holistycznego podejścia do zdrowia i zwiększenie liczby referendów, żeby mieszkańcy mieli więcej do powiedzenia. Tylko, że z tego co w zeszłym roku widzieliśmy, referenda to jedna wielka pomyłka. 

3. Jezus Leeft (Jezus Żyje). Eurosceptyczna partia nawołująca do "Nexit" (wyjścia Holandii z Unii Europejskiej) oraz stawiająca za punkt honoru zakaz aborcji i eutanazji w Holandii. Lider partii Joop van Ooijen zapowiada, że nie ma zamiaru negocjować z nikim, kto jest za wolną decyzją zakończenia życia. Jak na skrajnie religijną partię przystało. Oj cieżko szłaby współpraca.... 

2. Piratenpartij (Partia Piratów). Część Międzynarodowej Partii Piratów. Jak na piratów przystało życzyliby sobie ograniczenia praw autorskich, zmianę prawa patentowego oraz wolność informacji (w 2011 podtrzymywali dostęp do słynnej strony The Pirate Bay, po tym jak strona została zablokowana w wielu krajach). Uwielbiają BitCoin, walutę którą próbowali zapłacić z udział w wyorach. Spotkali się z wielkim oporem, jak można się było spodziewać. 

1. Niet Stemmers (Nie głosujący). Posługująca się sloganem wyborczym "Największa partia w Holandii: nie głosujący" odnosi się w dość niskiej frekwencji podczas wyborów w 2012, kiedy prawie jedna czwarta Holendrów nie udała się na wybory. Co obiecuje partia? Nie zabieranie głosu. Jeśli w wyborach dostanie miejsca w sejmie, zostaną one... puste. Tak jak oddane głosy. 

I na kogo tu głosować? 

piątek, 2 grudnia 2016

Jak Holendrzy uczą się rosyjskiego

No Kochani, znalazłam sobie rozrywkę! Jeszcze dwa tygodnie temu skarżyłam się Wam, że monotonia zawładnęła naszym życiem i jakoś tematów do pisania mi brakuje. Tego samego dnia rozpoczęłam kurs języka rosyjskiego. Po Holendersku. Z Holenderską nauczycielką. A co, trzeba sobie przecież codzienność urozmaicać. I powiem Wam, już po trzech lekcjach, będę miała ubaw po pachy! 

Postępów wielkich nie zrobiłam. Materiał idzie bardzo powoli, co nie koniecznie jest złe. W końcu to moje nowe hobby, nigdzie mi się nie spieszy. Obaserwacja moich współuczniów dostarcza mi natomiast prawdziwej rozrywki. Cóż mogę powiedzieć... Dla Słowianki nauka innego słowiańskiego języka nie jest szczególnie trudna, nawet jeśli materiał wykładany jest w języku germańskim. Przynajmniej na podstawowym poziomie problemu tego nie widzę. Z każdą jednak lekcją widzę coraz lepiej jak bardzo obcokrajowcy zmagają się ze zrozumieniem zasad, które dla mnie są naturalne i oczywiste. 
"Trudno uczyć się rosyjskiego. Nigdy nie wiesz co ci wolno powiedzieć"
Nieraz dokuczałam Maurycowi, że znamy się już tak długo, a jedyne co potrafi po polsku powiedzieć to "nie dokuczaj mi" i poprosić o kawę z mlekiem. Mimo, że zawsze pije tylko i włącznie czarną. W końcu odpuściłam, bo wiem, że polski jest wymagającym językiem, a i czasu na naukę czasem ciężko znaleźć w zabieganym życiu. Kiedyś się nauczy. Powoli. A jak nie, to będę miała swój tajemny język, który mogę wykorzystać przeciwko niemu z ewentualnym potomstwem. 

Niby dobrze wiemy, że polski (jak i inne słowiańskie języki) jest skomplikowany. Sami nieraz mamy z nim problemy. Nasza gramatyka jest bardzo złożona, z wieloma zasadami, wyjątkami i potrafi przyprawić o ból głowy. O ortografii nawet nie wspominając. A jednak nie do końca chyba zdajemy sobie sprawę z wyzwania jakim są języki słowiańskie, dopóki nie zobaczymy na własne oczy. Na pierwszej lekcji byłam jeszcze na mniej więcej tym samym poziomie, co reszta... nikt z nas nie znał cyrylicy. Na drugiej lekcji miałam już nieco łatwiej. Większość łatwych słówek mogłam tłumaczyć domyślnie, bo przecież brzmią podobnie do polskich odpowiedników. Na lekcji trzeciej zaczęłabym się nudzić, gdyby nie czerpanie dziwnej przyjemności z obserwowania pozostałych. Pojawiły się pierwsze pierwsze schody: zaimki dzierżawcze, rodzaje gramatyczne i pierwsze przypadki. Same zaimki to jeszcze nie problem. Ale jak tu Holendrowi wytłumaczyć rodzaje? Teoretycznie też je mają w języku niderlandzkim, ale mało kto zdaje sobie z tego sprawę i w rzeczywistości potrafi je rozróżnić.  Dyskusja na ten temat i doszukiwanie się odpowiedników w niderlandzkim czy nawet niemieckim trwała chyba dobre pół godziny. A ja byłam w szoku, jak trudne może to być do zrozumienia. Wystarczy przecież popatrzeć na końcówkę słowa... ot cała magia. 


Powoli zaczynam zdawać sobie sprawę, że lekcje ten nauczą mnie przede wszystkim większej pokory i szacunku dla języków słowiańskich. Może nawet więcej zrozumienia dla Holendrów porywających się na rosyjski czy polski. Ale pod koniec semestru porozmawiam z nauczycielką, czy nie lepiej byłoby dla mnie przeskoczyć jeden poziom. W końcu słownictwo mogę nadrobić sama, a gramatyka na tym poziomie nie jest wyzwaniem. 

niedziela, 29 maja 2016

4 znaki, że stałaś się holenderską Panią Domu

Rozmawiając z nowo poznanymi osobami, jednym z pierwszych pytań jakie pada w moim kierunku jest "Jak się czujesz mieszkając w Holandii?" i "Czy Holandia bardzo różni się od Polski?". Na pierwsze pytanie zawsze odpowiadam, że czuję się tu zupełnie jak u siebie w domu, a na to drugie... tu zaczyna się cały wywód. Niby nasze kraje są stostunkowo podobne, a jednak tak różne. A jak ja się w tych różnicach odnajduję? W zależności od humoru i sytuacji wybieram sobie zwyczaje i tradycje, które mi bardziej pasują. A moi znajomi śmieją się, że coraz bardziej zaczynam im przypominać Holenderkę. 

Jakie więc zastosowania ma owe sholenderszczenie w domu? Jest niebywale wygodne. Choć oczami wyobraźni już widzę moją mamę i ciocię załamujące ręce nad tym tekstem. Kochane, wcale nie zrobiłam się leniwa... jedynie wybiórczo dbam o dom :) 
  1. Nie myłaś okien co najmniej od pół roku i nie spędza ci to snu z powiek. Powiem więcej... nie myłam okien już ponad rok! I wcale nie odniosłam wrażenia, że sąsiedzi, Mauryc i znajomi mają mnie za złą gospodynię domową. Nikt właściwie nie zwraca na to uwagi. Przyznam, że nie widzę Holendrów często myjących okna. Raz na czas, jeśli pogoda jest akurat ładna. Nigdy w życiu nie przyłapałabym ani jednego na polerowaniu okien przed Wielkanocą lub Bożym Narodzeniem, kiedy na zewnątrz jeszcze mróz. To dla nich nielogiczne. A że brudne? Po paru dniach deszcz znowu je zabrudzi, a ich wielgachny rozmiar i tak wpuszcza wystarczająco dużo światła do wnętrza. 
  2. Nie trzymasz w domu zapasów ciastek i słodyczy "dla gości". Goście zawsze się zapowiadają, więc jest wystarczająco czasu, żeby po coś wyskoczyć. Zresztą nie spodziewają się niczego więcej niż jednego ciasteczka i filiżanki kawy/herbaty. A jeśli już ktoś pojawi się w moich drzwiach tak spontanicznie? A ja nie mam ich czym poczęstować? Trudno. To oni powinni czuć się winni, nie ja, bo jak przecież śmieli zjawić się tak ni stąd ni zowąd. 
  3. Obowiązki domowe dzielisz po równo z partnerem. Z tą równością może się nieco zapędziłam. Na pewno nie jest to pół na pół, ale tylko dlatego, że Maurycowe sprzątanie nie zawsze spełnia moje wymagani i niektóre rzeczy wolę załatwić sama. Mimo to, sprzątamy razem, gotujemy razem, zakupy robimy razem. I nikt nie narzeka. Bo to najnormalniejsza rzecz pod słońcem, że kobieta nie odpowiada za wszystkie prace domowe. 
  4. Umiesz przyrządzić takie dania jak nasi, bami, kurczak saté, białe szparagi, quiche i pasta. Gotowanie w Holandii nigdy nie jest nudne. Dania kuchni włoskiej, tureckiej, różnych kuchni azjatyckich zadomowiły się tak dobrze w tym kraju, że codzienne gotowanie mięsa z ziemniakami to wyjątkowy brak fantazji. A co jeśli nie znasz przepisów na egzotyczne dania? Żaden problem. Wystarczy połączyć pół-gotowe składniki według opakowania.
Holenderska pani domu nie jest idealna. Jej dom nie zawsze lśni nieskazitelną czystością, a ona sama często idzie na skróty (czy to w sprzątaniu, gotowaniu czy podejmowaniu gości). Ale ile czasu dla siebie, najbliższych i przyjacół na tym zyskuje! Ten czas jest znacznie cenniejszy niż idealny dom. Nawet jeśli po kątach leży kurz. 

niedziela, 23 sierpnia 2015

Targ serów w Alkmaar

Czy jest coś bardziej holenderskiego niż amsterdamskie kanały, pola tulipanów pod Lisse lub omafiets? Ser oczywiście! Pyszna, kremowa gouda znana na całym świecie. A gdzie można jej najwięcej na raz znaleźć? Na przykład na takim targu serów w Alkmaar. 


Targi serowe odbywają się w Holandii tylko w sezonie letnim. Alkmaar gości takie wydarzenie od kwietnia do początku września, w każdy piątkoy poranek. Korzystając z wolnego dnia, wskoczyłam rano w pociąg, a po dwóch godzinach jazdy i przemierzeniu niemal całego kraju w szerz, dotarłam do celu. 

Na placu przed budynkiem wspaniałej wagi miejskiej (waag) stał już zgromadzony spory tłum. Z samego początku, nie łatwo było dostać się w pobliże barierek, ale po około 30 minutach, ludzie zaczęli się nieco rozchodzić i wygodnie można było podziwiać całe widowisko. Na środku placu pyszniły się w słońcu równo rozłożone żółte koła sera gouda. Każdy szereg oznaczony był tabliczką z typem sera (Gouda) oraz jego wiekiem podanym w miesiącach. Pomiędzy, krzątało sie dwóch mężczyzn oglądając kawałki sera, wywiercając próbki za pomocą specjalnego wiercidełka i dobijając targu. Po uzgodnieniu ceny, przybijali dłonią taką "zaklepaną" cenę. W tym momencie pomocnicy zaczęli ładować sery na specjalne, drewniane nosze, a nosiciele biegali w parach transportując każdy ładunek do wagi i spowrotem na plac, gdzie przekładano sery na drewniane wózki. 









Tak w oryginale miałby wyglądać tradycyjny, holenderski targ serów. Obecnie targ w Alkmaar jest czysto turystyczną pokazówką. Prawdziwe negocjacje ponoć mają jeszcze miejsce w Goudzie i Woerden. Turystyczna czy nie, atrakcja jest wciąż ciekawa i niezwykle popularna. A przy tym jakże ultraholnderska! 





Turyści mają niezłą zabawę. Poza oglądaniem pokazu, mogą sami się zważyć na miejskiej wadze, a niektórzy szczęśliwcy zostają wybrani z tłumu. Dzieci pozują do zdjęć trzymając wielgachne sery oraz będąc noszonym na serowych noszach. Dorośli mają możliwość spróbowania własnych sił w przenoszeniu owych noszy. A musicie wiedzieć, że nie jest to lekka zabawa. Takie nosze ważą około 25 kg. Przeciętnie łąduje się na nie 8 serów, każdy po ponad 12-13 kg. Kto chciałby sobie tak pobiegać w okół placu taszcząc 130 kilogramów i tuptając miarowym rytmem? ;) Ponoć profesjonalnym nosicielom zajmuje około roku opanowanie właściwego sposobu chodzenia i rytmu, tak żeby zsynchronizowanie transportować noszę nie gubiąc, ani nie uszkadzając sera. 








Po takim widowisku można jeszcze pokosztować różnym wariantów żółtego przysmaku na licznych straganikach. Panie w tradycyjnych strojach chętni odkrajają wiórki serowe i dają do degustacji. Wybór jest niesamowity... ser młody, stary, z ziołami, przyprawami, paprykowo-cebulowy, musztardowy, pesto (o pięknej zielonej barwie), truflowy... Ostatecznie decyduję się na kawałek starego sera odkrojony od wielkiego koła na moich oczach oraz na kuleczkę sera orzechowego. Z kawałeczkami orzechów włoskich. Pychota! 

czwartek, 11 czerwca 2015

Smak dzieciństwa

Ostatnio zrobiło się sporo szumu wokół pewnego spotu reklamowego mającego niby zachęcić kobiety do nie odkładania macierzyństwa na później. Osobiście ani trochę spot do mnie nie przemawia i szczerze nie rozumiem, jak miałby do kogokolwiek, kto tą decyzję odłożył, przemówić. Ale odłóźmy ciężkie rozmowy na bok. Pogadajmy o czymś przyjemniejszym, poniekąd z macierzyństwem związanym. Pomówmy o dzieciństwie. A jeszcze lepiej - o smaku dzieciństwa. 

Swego czasu zapytałam teściową, jakie jest typowo dziecięce danie w Holandii. Coś co każde dziecko lubi, a co rodzice przygotowują, żeby pociechy rozpieścić. I co dostałam w odpowiedzi: appelmoes. Hmm... mus jabłkowy... uznałam, że chyba mnie nie zrozumiała. W końcu mus jabłkowy to właściwie deser, przekąska. Żyłam w tym przeświadczeniu, aż podczas jednego z obiadów rodzinnych nie zaserwowano rostbef (tudzież inne pieczone mięsiwo) i... mus jabłkowy. W tym samym czasie! Z fascynacją obserwowałam, jak współbiesiadnicy maczają kawałki wołowiny w musie. 
Źródło: www.blikopnoordwijk.nl
Udało mi się wciągnąć dwie osoby w rozmowę o dziwnych połączeniach smakowych i o tym, z jakim jedzeniem kojarzy się im dzieciństwo. 
- Oooo... pieczony kurczak z frytkami i musem jabłkowym! - rozmarzył się pierwszy rozmówca.
- Kurczak i mus jabłkowy? - dopytałam zdziwiona.
- Taaa... to coś, co wszystkie dzieci w Holandii jedzą! 

Żródło: www.ah.nl
Na pytanie, czym zajadają się polskie dzieciaki, opowiedziałam im o makaronie z truskawkami. W końcu, kto w lecie jako dziecko nie zajadał się rozgniecionymi truskawkami ze śmietaną/jogurtem i makaronem lub ryżem, ręka w górę! Nikt?! Ty tam z tyłu nie wychylaj się, opuść tą rękę, bo się inne dzieci wyśmieją.  I zgadnijcie jak moi Holenderscy rozmówcy zareagowali na to danie..
"Makaron i owoce? bleee", "Spaghetti truskowkowe?? fuuu", "Pasta na słodko???"... Taa... zareagowali z takim samym zdziwieniem i otrzęsieniem z niesmakiem, jak ja na ich mus. I szczerze mówiąć, nie rozumiem tego ich obrzydzenia ideą słodkiego "sosu" do makaronu... Że niby jabłka to nie owoce, a mus nie jest słodki? I do tego z cynamonem! ;) A jakoś nie przeszkadza im go zestawiać z frytkami i mięsem/drobiem. 

Źródło: http://palcelizac.gazeta.pl
Po tym znamiennym obiedzie w końcu zrozumiałam, dlaczego w każdym sklepie półki uginają się od słoiczków z musem jabłkowym. Wybór marek prawie nie gorszy od półki z browarem. 

Z czasem przyzwyczaiłam się do pomysłu mięsno-owocowego i po kilku próbach nawet polubiłam to danie. Szczególnie, jeśli mus jest domowej roboty (a każda szanująca się pani domu nie posiłkuje się słoiczkowym musem). Holendrów natomiast wciąż nie mogę przekonać do truskawek na obiad. Co to to nie. W Holandii jada się truskawki na chlebie lub sucharku! 

I ponoć to taki otwarty i tolerancyjny naród ;)

niedziela, 19 kwietnia 2015

Tajniki holenderskiej mowy: magiczne hé-hé

Praca w obsłudze klienta ma to do siebie, że czasem czytając widomości od klientów, ręce same opadaja i człowiek zastanawia się, jak w prosty i zrozumiały sposób wyjaśnić coś, co w pierwszej instancji zostało tak okrutnie źle zrozumiane (lub nie zrozumiane w ogóle), że zaczyna się powątpiewać w umiejętność czytania ze zrozumieniem u danego osobnika. 

- Hé hé... - westchnęła Ayesha do swojego monitora. Ewidentnie, właśnie dostała maila od klienta, z którym wcześniej już prowadziła korespondencję. 
- O mój Boże, jakie to ultraholenderskie! - zaśmiała się jedna z nowych koleżanek. 
Ta uwaga wzbudziła zainteresowanie wszystkich osób w koło. 
- Co masz na myśli? - ktoś zapytał.
- To "hé hé". Wszyscy Holendrzy tak robią. Nawet mój synek, który chodzi do przedszkola już tak zaczyna reagować!
W tym momencie w głowach wszystkich przyjezdnych zaświeciła się lampka w głowie:
- Rzeczywiście! 
- Masz racje! Też często to słyszę.

W tym momencie Holender mógłby lakonicznie skomentować nasze odkrycie właśnie owym "hé hé". Bo co właściwie ten dźwięk oznacza? W większości przypadków to skrót myślowy od "no w końcu załapałeś!", tudzież "no przecież to samo mówiłem".

Źródło: www.catawiki.nl
Dźwięk ten wbrew pisowni nie ma nic wspólnego ze śmiechem, ani nie brzmi wcale wesoło. To nawet nie jest szyderczy śmiech. Holenderskie hé-hé wypowiadane jest dość sucho z akcentem roznąco-opadającym i da się w nim wyczuć nieco bolesny sarkazm. To taki delikatny i ukryty sposób nazwania kogoś głupkiem. 

Nie zawsze jednak hé-hé ma takie złosliwe znaczenie. Nieraz słyszałam Mauryca i innych wzdychających w ten sposób. Z kontekstu już wtedy wiadomo, że nie jest to żadna odpowiedź. Nikt nie jest tak zniecierpliwiony drugą osobą. Czasem hé-hé to zwyczajne westniechenie w stylu "pfff". I bądź tu mądry, zrozum Holendra ;) 

Oto kolejny przykład specyficznych odgłosów i reakcji, jakże uwielbianych i popularnych wśród Holendrów. Bez kontekstu, ciężko go rozszyfrować, a wbrew pozorom ma swoje znaczenie, podobnie jak komiczne "(t)sjonge jonge". Przez długi czas ktoś oswajający się z językiem niderlandzkim może go ignorować lub wręcz nie zauważać. Aż w pewnym momencie udaża nas jak grom z jasnego niebie i zdajemy sobie sprawę, że właściwie to często słyszymy to... coś. Ach wspaniały holenderski pragmatyzm... wyrazić całe zdanie jednym, dziwnym dźwiękiem ;)

niedziela, 15 marca 2015

Podatki app

Niedawno podzieliłam się z Wami na facebooku pewną radosną reklamą. Przyznam, że nieźle mnie ubawiła, kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam. W końcu co wąsaty mężczyzna i foka mają wspólnego z... rozliczeniem podatkowym? Generalnie niewiele, ale gierka psychologiczna na mnie zadziałała i z miejsca przyjaźniej i cieplej pomyślałam o fiskusie. Czy takie objawy powinny mnie może jednak niepokoić?...

Podatki zatem. Temat znienawidzony chyba na całym świeci. Nikt przecież nie lubi płacić. Ja jednak mam lżejsze podejście. Głównie dlatego, że moje dochody w zeszłym roku zwyczajnie nie przekroczyły pewnego progu i spodziewam się zwrotu podatku. Swoją drogą byłam w wielkim szoku, kiedy Mauryc przyznał mi się, że kiedy był młodszy, nigdy nie wypełniał zeznania, póki nie otrzymał list od fiskusa. W liście poinformowano go o możliwym zwrocie, co ponoć nie jest wiedzą oczywistą dla wielu młodych Holendrów. Ale jak to to? Jak można tego nie wiedzieć? W Polsce moi znajomi rozliczali się w czasie studiów nawet z tak niskich dochodów, że koszty pocztowe zżerały cały zwrot! Taaa... zawrotne kwoty. 

Źródło: alblasserdamsnieuws.nl

Wiedząc swoje, zrobiłam małe rozeznanie w sieci, na temat tego co by tu jeszcze można sobie odliczyć i przystąpiłam do dzieła. I tu uwaga, rozleczenia w Holandii są dziecinnie proste, jeśli nie ma się skomplikowanej sytuacji. I co najlepsze, wszystko robi się online! Żadnych PIT'ów, wypełniania papierów. Jedyne co jest nam potrzebne, to komputer, tablet czy nawet smartphone i jaaropgave (karta podatkowa) otrzymane od pracodawy/ów. W zeszłym roku trzeba było jeszcze ściągnąć specjalne oprogramowanie ze strony internetowej Belastingdienst. W tym roku nie trzeba nawet nie wpisywać czasami. Jak to działa?

Chciałam być taka super-duper ultranowoczesna i rozliczyć się z podatków przez... aplikację w telefonie. Appkę "Aangifte 2014" można z łatwością ściągnąć w Google Play Store (dla Androidów) czy czego tam użytkownicy iPhone'a używają. Aplikacja nie mogłaby chyba być prostsza w obsłudze. Jedyne co trzeba zrobić to zalogować się swoim DigiD i skontrolować czy wypełnione już informacji i kwoty są poprawne. A potem tylko "Akkord, akkord" i gotowe. Niestety aplikacja ma też ograniczenia, które zdycydowały o ostatecznym rozliczeniu się z osobistego konta na stronie. 


Kiedy nie możemy skorzystać z aplikacji. Generalnie w każdej sytuacji, kiedy musimy coś dodać lub zmienić. A dokładniej, nie przyda się app, jeśli:
  • zmieniliśmy w 2014 roku partnerów fiskalnych
  • kupiliśmy lub sprzedaliśmy mieszkanie, dom, teren, dowolną nieruchomość
  • posiadamy własne przedsiębiorstwo
  • chcemy odliczyć sobie koszty leczenia/nauki/dojazdów do pracy
Mnie właśnie ta ostatnia pozycja interesowała. Jeśli pracodawca nie pokrywa naszych kosztów dojazdu z domu do pracy (lub pokrywa tylko częściowo) możemy te koszty odliczyć. Jeśli robiliśmy studia lub kursy podnoszące nasze kwalifikacje zawodowe na potrzeby obecnej lub przyszłej pracy, też możemy te koszty odliczyć (o ile przekraczają €250). To samo tyczy się kosztów leczenie spoza zakresu eigen risico i nie pokrytych przez ubezpieczenie. 

Spędziłam kilka wieczorów studiując, jak zadeklarować moje bilety kolejowe. Sprawa jest super prosta, jeśli ma się abonament na przejazdy kolejowe. Wtedy potrzebne jest tylko openbaarvervoerverklaring od NS. Jako, ze my z Maurycym na ogół staliśmy w korkach, pociągami jeździłam dość nieregularnie i to raz na anonimowej, raz osobowej OV-chip kaart, a czasem jeszcze na biletach z automatu. W takiej sytuacji potrzebowałabym reisverklaring od pracodawcy i ewentualnie być wstanie okazać bilety. Stwierdziłam, że jak na kilka nieregularnych przejazdów to za wiele zachodu. Te kilka euro mnie aż tak nie wzbogaci. 

Pan wąsaty podatnik ze spotu reklamowego.

A więc jak się z fiskusem rozliczamy? Ze strony internetowej logujemy się za pomocą DigiD do osobistego konta Mijn Belastingdienst. Tak jak w aplikacji, wszystkie podstawowe informacje są już wypełnione. Fiskus wie wszystko... nawet to ile na koncie bankowym mieliście z rozpoczęciem 2014 roku. Przeskakujemy sobie zwinne przez kolejne zakładki zaznaczając "tak" lub "nie" w odpowiedzi na szereg pytań (o partnerów fiskalnych, dzieci, zasiłek dla bezrobotnych, nieruchomości, dodatkowe koszty itp.), kontrolujemy dochody i znowu: gotowe! Jeśli gdzieś klikniemy "ja", musimy odpowiedzieć na dodatkowe pytanie lub uzupełnić dane. Za mało czasu? W każdej chwili może przerwać. Zapisać to co zrobiliśmy i wrócić innym razem, ewentualnie poprawić. Na koniec jeszcze podpis za pomocą DigiD i wysłane. Jeśli zrobimy rozeznanie jeszcze w marcu, w lipcu powinniśmy dostać należny zwrot ;)

Kaszka z mleczkiem. A jak mamy pytania, zawsze można Belastingdienst zapytać osobiście, telefonicznie lub przez... Twittera! Ależ ten holenderski fiskus idzie z czasem. Aż foki w oceanarium uszczęśliwia ;) A jeśli ktoś dalej nie czuje się komfortowo z wypełnianiem podatków po holendersku, może wybrać się do Belastingdients osobiście, jak moja koleżanka. Wszystko zrobili za nią. Za darmo. 

poniedziałek, 16 lutego 2015

Alice, who the f*** is Alice?

- Znasz tą piosenkę? - zapytał Maurycy, kiedy przechodziliśmy koło baru, z którego dobiegała muzyka.
- No jasne! Smokie to ulubiony zespół mojego taty! - odpowiedziałam.
- Ale tą wersje znasz? Tą, gdzie krzyczą "who the fuck is Alice?" - dopytywał lekko zdziwiony.
- No raczej... - nie bardzo rozumiałam jego zdziwienie.
- A wiesz, że ta wersja powstała w jednym z barów w Nijmegen podczas karnawału? 
- Taaa... oczywiście kochanie... - rzuciłam z lekkim sarkazmem i pomyślałam, że to kolejna z Maurycowych urban legends. 

Historię tą opowiadał mi wiele razy. Właściwie za każdym razem, kiedy piosenkę słyszeliśmy. W pewnym momencie uznałam, że należy fakty sprawdzić i albo wyprowadzić kogoś z błędu, albo zwyczajnie uwierzyć. Zatem sprawdziłam. Na Wikipedii! ;) 

I wiecie co? Miał rację skubany! Kto by pomyślał, że piosenka, która zawsze rozbrzmiewała w samochodzie, kiedy byłam młodsza i przez to kojarzyła mi się z domem i rodziną, okaże się mieć tak wiele wspólnego z moim nowym domem. Z Nijmegen. 

Nie istniejący już bar Gompie w Nijmegen. Źródło: kroegpagina.nl
Wszystko zaczęło się w 1995 roku w pewnym barze przy ulicy Hertogstraat. W latach 80- i 90-tych mieścił się tam bar Gompie. Popularna piosenka Smokie była tam oczywiście często puszczana. Bar miał też swoistą tradycję. Za każdym razem, gdy w piosence padało imię Alice, DJ Onno Pelser ściszał muzykę, a tłum entuzjastycznie krzyszał "Alice? Who the fuck is Alice?". Los chciał, że jednego z wieczorów obecny w barze był właścicie małej wytwórni muzycznej Rob Peters. Gdy doświadczył szalonej, spontanicznej reakcji ludzi na piosenkę, od razu zwęszył w tym interes. Jak na Dacza przystało. Skontaktował się z przyjacielem, piosenkarzem Peterem Koelewijn i już następnego dni powstała płyta. Jako trybut dla baru, w którym idea się zrodziła, zespół, z którym Koelewijn wydał utwór, został nazwany... Gompie! 

Tak oto zwykły bar w Nijmegen namieszał w świecie muzyki i przekształcił nasz sposób patrzenia na pewne damskie imię. Od tego czasu ludzie regularnie pytają z entuzjazmem, kim do cholery jest ta cała Alicja?! ;)

niedziela, 26 października 2014

Trzy wesela

Parę dni temu moja przyjaciółka wyszła za mąż. Było to trzecie wesele, w którym uczestniczyłam w tym kraju. Średnio wychodzi jedno wesele na rok... Niezła statystyka biorąc pod uwagę, że to także dopiero trzecia para z grona maurycowych znajomych, która wzięła ślub. I wszystkie trzy pary dokonały tego w tym roku. Jedyne zaprzyjaźnione pary jakie tu w Holandii do tej pory znałam, to rodziny Żon Marnotrawnych oraz dwóch polskich koleżanek. 

Co więcej wszystkie trzy wesela bardzo różniły się od tego, do czego przywykłam w Polsce. O pierwszych spostrzeżeniach mogliście przeczytać przy okazji ślubu Renee i Hilberta. Od tamtego momentu bardziej już przywykłam chyba do holenderskich zwyczajów, bo kolejne wesela nie wywołały już we mnie zdziwienia. Ku mojemu zdziwieniu teraz... 


Co zatem zaobsewrowałam? Czym różniły się te imprezy od naszych hucznych polskich wesel? 
  • Brak rozrzutności. Chyba nikogo już nie dziwi, że skoro Holendrzy na codzień są raczej oszczędni, to i w dzień ślubu nie szastają pieniędzmi na prawo i lewo. Nie znaczy to, że na wszystkim starają się oszczędzać. W końcu dla nich to też bardzo ważne wydarzenie, uczczenie wielkiego życiowego wyboru. Nie spotkałam się jednak do tej pory z naszym słynnym "zastaw się, a postaw się". Żadnych uginających się od jedzenia stołów, luksusowych samochodów, zamków, pałacyków czy dworków. 
  • Skoro o jedzeniu mowa... Tu sprawa już zależy jakiej kategorii gościem jesteśmy. Jeśli rodzina lub bardzo bliscy przyjaciele - zostajemy zaproszeni na obiad po samej ceremonii. Jeśli nasze więzi z Młodą Parą są nieco luźniejsze - przychodzimy później na samą imprezę. Choć impreza to może trochę dużo powiedziane. W tym przypadku lepiej też zjeść solidny obiad w domu, bo na weselu co najwyżej raz na jakiś czas przejdzie kelner z tacą bitterballen, tartaletek, klopsików mięsnych oblepionych w sosie itp. Na więcej niż hapjes lepiej nie liczyć. A przecież nie dobrze pić na pusty żołądek. 
  • Alkohol. A no właśnie. Podczas gdy w Polsce goście wznoszą toasty za zdrowie Młodej Pary kolejnymi kieliszkami wódki, Holendrzy popijają swoje małe piwka tudzież lampki wina. Ewentualnie może się zdarzyć prawdziwe szaleństwo w postaci baru, ale i tam wybór drinków będzie zapewno ograniczony. Przypominam sobie tylko Jack'a z colą. 
  • I owe przekąski i napitki spożywa się oczywiście na stojąco. Pomijając część obiadową, na którą można być zaproszonym, reszta wesela ma charakter typowo holenderski. Pojedyncze wysokie stoliki, gdzieś tak jakaś sofa czy dwie, kilka siedzisk. Żadnych stołów i biesiady. Goście mają krążyć między sobą. Pewnie dlatego widuję tu znacznie mniej szpilek, niż na polskim weselu. 
  • A skoro o obuwiu i ubiorze mowa... ach mój ulubiony temat. Jeans, botki, trampki i wygoda. Zawsze znajdzie się choćby garstka gości, którzy będą prezentować się bardzo casual. Choć tutaj wiele zależy chyba od samej Pary Młodej oraz ich znajomych. Wyjątek stanowiło właśnie ostatnie wesel, gdzie każdy z gości był odświętnie ubrany. Wiem, że napewno bardzo ucieszyło to Esther, bo ma podobne przekonanie do nas (Polaków). Ślub to wyjątkowy dzień i należy go w szczególny sposób uczcić. Codzienny wygląd można na te kilka godzin odwiesić na wieszak, na rzecz eleganckiej sukienki i garnituru.
  • Co natomiast odnośnie samej zabawy? Muzyka oczywiście jest. Mały zespół lub DJ radośnie przygrywa gościom i... utrudnia im ich ukochane dyskusje! Czyli sytuacja jak w przeciętnym barze. A skoro wszyscy goście stoją ze swoimi piwami w dłoni, to a) nie bardzo jest gdzie tańczyć, b) nikt się szczególnie nie garnie do tańczenia. Wolą zwyczajnie rozmawiać przez większość wieczoru. Dopiero później, gdzieś po 22:00 bardziej się rozluźniają i kończyny zaczynają podrygiwać w takt muzyki. 
  • Długo to podrygiwanie jednak nie trwa, bo holenderskie wesela kończą się nie długo po północy. Nie to co nasza całonocna balanga. Czy Holendrzy właściwie potrafią się bawić? ;)
  • Krótkie wesela potrafię zrozumieć, jeśli odbywają się w środku tygodnia. Tak tak... Esther powiedziała (nie)sakramentalne tak w środę. Najczęściej jednak wesela odbywają się w piątek. Najekonomiczniej natomiast jest w poniedziałek. Wtedy ślub w urzędzie można wziąć za darmo. Im bliżej weekendu, tym drożej.
  • Dobrze przeczytaliście - ślub to nie sakrament i najczęściej odbywa się w urzędzie. Tudzież gdzieś indziej, ale w obecności pracownika urzędu stanu cywilnego. Jedna z naszych par w tej kwestii nieco zaszalała: wzięli ślub w kościele... ale cywilny. A kościółek był zwyczajnie wynajęty na tą okazję. Wyobrażacie sobie w Polsce księdza, który na taki wynajem by się zgodził? Śluby kościelne oczywiście i tu się zdarzają. W końcu wierzący Holendrzy też jeszcze istnieją. Tylko ja jakoś ich jeszcze nie poznałam. 
  • I na zakończenie kilka słów o lokalach. Jak wspomniałam wyżej, zamki i dworki jeszcze się pojawiły wśród naszych zaproszeń. Ale najwyraźniej to nasi znajomi zwyczajnie należą do tych bardziej oszczędnych ;) Jak bowiem wynika z listy najczęście przeglądanych lokalizacji na stronie Top Trouwlocaties.nl ponad połowa pierwszej 25 to właśnie zamki i innego typo posiadłości. A co poza nimi cieszy się popularnością? Stare farmy (boerderij), restauracje, śluby na zewnątrz, np. na plaży, w ogrodzie itp. Nawet żaglowiec się znalazł!
A jakie są Wasze wrażenie z holenderskich ślubów? Podobnie na luzie czy z większym przepychem? 

niedziela, 27 lipca 2014

Anatomia Holendra: wakacje przy bagietce i pod gwiazdami

Ser? Jest. Dropjes? Są. Stroopwafels, piwo? Wszystko spakowane. Tylko hagelslag brakuje. Rany, czuję się jak klasyczna przedstawicielka rasy: Holender na wakacjach. Z tą różnicą, że ja pakuję te wszystkie rzeczy jako upominki dla rodziny. Tak, tak, za kilka dni jedziemy w odwiedziny do Polski. W końcu nam też się parę dni wolnego w środku lata należy ;)


A skoro o lecie mowa, to warto wspomnieć o tym jak Holendrzy najchętniej spędzają swoje wakacje. Mianowicie: na kempingu gdzieś we Francji. To ultraholenderski urlop. Chyba każdy z Wiatrakowa spędził choć raz letnie wakacje jako dziecko pod namiotem w Prowancji, Akwitanii lub francuskich Alpach. To właśnie najpopularniejsze regiony. Ktoś może się teraz oburzyć, że to jakiś stereotyp... Może i tak. Ale słuszny. Co roku blisko 3-4 miliony Holendrów pakuje manatki i jedzie na południe Francji! Ten motyw pojawił się w prawie każdej holenderskij książce, jaka wpadła mi w ręce (ok, nie czytam dużo po holendersku, częściej po angielsku lub polsku, ale to też jakaś tam statystyka, no nie?). 

Źródło: www.reisgraag.nl
Czemu Francja? A czemu nie! Stosunkowo blisko, piękne krajobrazy, zamki, góry, jeziora, winnice i pola lawendy. A na południu gwarancja świetnej pogody. Do tego przepyszne jedzenie, croissanty na śniadanie, sery na deser i hektolitry wina. Holendrzy mają generalnie jakąś słabość do tego co francuskie (poza samymi Francuzami), a już w szczególności do francuskiej kuchni. Całkiem sporo z nich zresztą mówi nieźle po francusku, zwłaszcza pokolenie naszych rodziców. Ale czy można się im dziwić? ;) 


Czemu kemping zatem? To już ciężej wyjaśnić. Zapewne dlatego, że to świetny sposób na rodzinne wakacje. Do tego luz, swoboda i blisko natury. A dzieciaki to uwielbiają. Kto z nas nie lubił spać w namiocie?! Ale nie bądźmy naiwni, że takie wakacje spędzane są w prymitywnych warunkach. Oj niee... Holendrzy są uzbrojeni w pełny ekwipunek. Jeśli nie jadą kamperem lub z przyczepą kempingową, ale z namiotem, to i tam samochód wypchany jest po brzegi i obwieszone rowerami. Kuchenta turystyczna i/lub kociołek, składane stoliki, krzesła, garnki, cała zastawa i wszystko co tylko mogłoby się im przydać. Co nowocześniejsze kampery mają wręcz płaskie telewizory. Ach no i oczwiście jedzenie!


- Kiedy w dzieciństwie jeździliśmy do Francji z rodzicami, cały bagażnik wypełniony był pudłami z jedzeniem - wspomina Mauryc. - Braliśmy wszystko co się da.
I rzeczywiście większość rodzin postępuje w ten sam sposób. Zabierają swoje ulubione produkty, takie jak dropjes, hagelslag, pindakaas i ser. Można się w sumie spodziewać, że tych smakołyków nie będzie się łatwo dało nabyć za granicą. Jednak to nie wszystko: całe worki ziemniaków, kawa, herbata (bo ta wiatrakowa jest przecież najlepsza), zgrzewki napojów i papieru toaletowego, puszki lub słoiczki z erwtensoep, musem jabłkowym, pasztety... Powody są różne... jedni obawiają się, że nie kupią poza Holandią tych rzeczy lb będą one droższe niż w domu (choć w rzeczywistości są zazwyczaj wręcz tańsze). Innym nie odpowiada smak, tudzież są przyzwyczajeni do swojej małej czarnej Douwe Egberts. Ze wszystkich wymówek jak obstawiam najzwyczajniejszy holenderską oszczędność i pragmatyzm. 


Słysząc te historie w pierwszym momencie zawsze chce mi się śmiać. Ale z drugiej strony, czy my Polacy jesteśmy aż tak inni? Przyznać się kto nie pakował całego zapasu konswer jadąc na rodzinne wakacje ;) Jedno tylko jest pewne: Polacy znacznie mniej cenią sobie wakacje pod namiotem, niż Holendrzy. Może dlatego, że nam znacznie dalej do Francji? 

sobota, 21 czerwca 2014

Kartkomania

Jak często wysyłacie kartki tradycyjną pocztą? Na Święta? Z wakacji? Poczta elektroniczna, sms'y i social media coraz bardziej wypierają tą bardziej tradycyjną formę przekazu wiadmości. Listy i widokówki są coraz rzadziej wysyłane. Ale nie w Holandii!

W Wiatrakowie panuje istny szał wysyłania kartek na każdą okazję. Na naszej szafce zrobiło się ostatnio coś tłoczno... Dwie zaprzyjaźnione pary powiększyły swoje rodziny o nowych potomków, inna para planuje ślub w wakacje, gdzieś w głębi leżą jeszcze urodzinowe życzenia. Pomijając tak oczywiste okazje jak święta, wakacje, urodziny, prawdziwy kartkowy wysyp ma zawsze miejsce przy narodzinach dziecka. Najpierw dumni rodzice wysyłają powiadomienia w postaci specjalnie zaprojektowanych kartek. Można w nich wyczytać dokładną datę i godzinę urodzenia, wybrane imię (a raczej imiona), wagę niemowlaka itp. Następnie pora na powiadomionych, by wysłali rodzicom kartkę z gratulacjami. Jeśli kiedykolwiek odwiedziliście dom, w którym ostatnio urodziło się dziecko, poza fantazyjnymi bocianami zastaniecie całą galerię kartek zajmujących całe parapery, półki czy nawet ściany ;) 
Przyjemna tradycja. Jednak to nie jedyne okazje, z powodu których można spodziewać się kartkowej lawiny. W każdym supermarkecie, sklepie z gazetami, w każdej Brunie czy Primerze znaleźć można ogromny wybór kartek okolicznościowych. Jakie okazje mamy zwykle do wyboru? Poczynając od klasycznych już urodzin, narodzin czy ślubu, poprzez subtelne kartki żałobne, z życzeniami powrotu do zdrowia, aż po zwariowane gratulacje ukończenia szkoły, zdania egzaminu na prawko, przeprowadzki, rozpoczęcia nowej pracy i inne bezokolicznościowe ;) I co najciekawsze, wszystkie te karteczki naprawdę się wysyła!

Źródło: http://www.boekhandelmuizelaar.nl
Przez ostatnie dwa i pół roku w Holandii zgromadziłam więcej kartek z życzeniami, niż przez poprzednie co najmniej siedem lat. A jak u Was sprawa wygląda? Kiedy ostatnio wysłaliście jakąć kartkę poza świątecznymi życzeniami? ;)

sobota, 26 kwietnia 2014

Jak świętować Dzień Króla? Szybki zestaw must-have.

I znów nadszedł ten dzień w roku, kiedy całą Holandię zalewa pomarańczowa fala. Rozbawiony tłum wypełnia ulice miast w całym kraju, parki zmieniają się w ogromne pchle targi i wszystkim udziela się ogólna wesołość. Tak, tak... to właśnie Dzień Króla. 


Choć mieszkam w Holandii niecałe trzy lata, to nawet dla mnie ta nazwa jakoś dziwmnie brzmi... Przez całe dekady świętowało się w Wiatrakowie Dzień Królowej, a tu w tym roku taka zamiana. I to parę dni wcześniej niż do tej pory zawsze było. A wszystko przez zeszłoroczną abdykację Beatrix i wstąpienie na tron Willema-Alexandra. No to się nam porobiło. Pierwszy król od ponad wieku i pierwszy Dzień Króla w historii. 

Jak tu właściwie świętować takie okazje? Każdy ma swój sposób. Jedni przepijają hektolitry piwa na ulicach lub kanałach Amsterdamu, inni bawią się w mniejszym gronie lub wyprzedają swoje rupiecie, a jeszcze inni w ogólne nie świętują. Wolny kraj w końcu i nie każdy jest entuzjastą Królewskiej Rodziny. A jak ja świętuję? Przez te ostatnie kilka lat wyrobiłam sobie małe tradycje, bez których nie ma dla mnie Dnia Królowej/Króla. Oto przed Wami moja prywatna lista "królewskiego" must-do i must-have.

Zestaw obowiązkowy na Koningsdag:
  1. Pomarańczowa garderoba. Wszystko jedno co by to było: wściekle pomarańczowa koszulka, kapelusz, szalik, boa z piórek... Wybór jest ogromny. Tuż przed tym dniem wszystkie sklepy oferują przeróżne ubrania i akcesoria. Co dusza zapragnie. Może by tak nadmuchiwaną koronę?? Póki w naszym outficie pojawia się ta szalona barwa, jesteśmy w pełni gotowi do świętowania. 



  2. Imprezowanie, imprezowaniem, tutaj ku temu zawsze się powód znajdzie. A że nie przepadam za staniem w ścisku z piwem w dłoni, chętniej spędzam "królewskie" przedpołudnie buszując po vrijmarkt. Skąd i kiedy się dokładnie ta tradycja narodziła nie wiem, ale co roku w ten wyjątkowy dzień tysiące Holendrów wystawia przed domem lub w parku niepotrzebne im "skarby" i wyprzedaje za groszowe kwoty. Taki pchli targ w parku Goffert w Nijmegen zajmuje olbrzymią powierzchnię, przyciąga ogromne tłumy i pozwala się nieźle obkupić. Dla mnie to coroczne must-be.




  3. Od takiego plątania się godzinami między straganami i przeróżnymi gratami, może człowiek zgłodnieć. Trzeba się czymś pysznym i najlepiej niezdrowym posilić. Tego typu okazje mają to do siebie, że przyciągają kramy z festiwalowym jedzeniem i fast-foodami. Mój standardowy już zestaw to poffertjes i Unox broodje. Oczywiście nie na raz ;) Te mini naleśniczki z masłem i cukrem pudrem oraz hot-dog w mini bagietce to smakołyki, którymi raczę się praktycznie tylko raz w roku. No może się czasem zdarzy w czasie Vierdaagse



  4. A skoro już o jedzeniu mowa... po powrocie do domu osłodzić sobie życie należy kawałkiem tompouce z pomarańczowym lukrem. To iście Koningsdag klasyk! Choć brzmi tajemniczo, to tak naprawdę nasza stara, dobra kremówka. Tyle że z okrutnie słodkim i lepiącym się lukrem na wierzchu. 


  5. Bez względu na to gdzie i jak postanowimy spędzić ten dzień, jedno musimy pamiętać. Czas najlepiej mija w dobrym towarzystwie. Dlatego spotkanie ze znajomymi i relaks czy to na trawniku w parku, czy na balkonie, czy w piwnym ogródku to gwarancja udanego Dnia Króla. 
A Wy jak spędzacie ten dzień? Macie swoje własne tradycje? 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...